Ebola i dezinformacja we wschodnim Kongu – “mamy przeciwko sobie media społecznościowe”
We wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga rozprzestrzenia się nie tylko ebola, ale także fałszywe informacje dotyczące choroby. Część mieszkańców jest przekonana, że wirus nie istnieje,...
Wizualizacja SI - Aktualnosci.be We wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga rozprzestrzenia się nie tylko ebola, ale także fałszywe informacje dotyczące choroby. Część mieszkańców jest przekonana, że wirus nie istnieje, przez co osoby chore unikają leczenia, a zakażenia mogą szerzyć się łatwiej. Inni wierzą, że chorobę wymyślili politycy, aby zarabiać pieniądze. Na miejscu pracuje infektolog Laurens Liesenborghs. “Mamy przeciwko sobie media społecznościowe” – mówi.
Spis treści
Liczba zakażeń w trwającej epidemii eboli we wschodnim Kongu nadal rośnie. Krajowy Instytut Zdrowia Publicznego Demokratycznej Republiki Konga uważnie monitoruje dane dotyczące najnowszego ogniska choroby. Do 14 czerwca 2026 r. potwierdzono 808 przypadków eboli, a zmarły co najmniej 192 osoby.
Najwięcej zakażeń wykryto w prowincji Ituri, położonej na północnym wschodzie kraju. To właśnie z Bunii, stolicy tej prowincji, rozmawiamy z Laurensem Liesenborghsem, infektologiem związanym z KU Leuven oraz Instytutem Medycyny Tropikalnej. “Fałszywe przekonania i nieprawdziwe informacje mają duże znaczenie w rozprzestrzenianiu się eboli” – mówi w podcaście.
Nieufność wobec ośrodków leczenia
Jak wyjaśnia infektolog, opanowanie epidemii eboli jest zazwyczaj “stosunkowo proste”, jeśli uda się przekonać ludzi do leczenia oraz do zgłaszania się do szpitala na test i ewentualne przyjęcie na oddział. Właśnie tu pojawia się jednak największy problem. “Widzimy dużą nieufność wśród ludności i wiele teorii spiskowych. Najważniejsza jest chyba ta, zgodnie z którą ebola nie istnieje. Wielu ludzi wierzy, że chorobę wymyślili politycy i obcokrajowcy, przede wszystkim dla zysku” – mówi.
Takie przekonania mają poważne skutki, zwłaszcza dla zachowania ludzi i ich gotowości do szukania pomocy. “Duże znaczenie ma również to, że ludzie bardzo nieufnie podchodzą do ośrodków leczenia. Według nich są to miejsca, w których dopiero naprawdę się choruje” – tłumaczy.
Zdaniem lekarza taka reakcja nie jest jednak zupełnie niezrozumiała. “Taki ośrodek często wygląda przerażająco” – przyznaje. “Na początku epidemii bywa prowizoryczny. Szybko stawia się namioty, do których w dodatku nie można zajrzeć. Pacjentami zajmują się tam pracownicy w budzących lęk kombinezonach. Bardzo często ci ludzie już nie wracają. Połowa pacjentów nie wychodzi z takiego ośrodka żywa. To daje pożywkę teoriom spiskowym.”
Zbyt duży nacisk na izolację
Epidemia rozwija się ponadto w regionie, w którym od lat trwają konflikty, a mieszkańcy są już bardzo nieufni wobec władz, także tych odpowiedzialnych za ochronę zdrowia. Pojawiały się już doniesienia o pracownikach pomocy atakowanych przez bliskich zmarłych.
“Zwłaszcza na początku takiego ogniska reakcja służb pomocowych bywa zbyt gwałtowna” – mówi Liesenborghs. “Na miejsce przyjeżdżają lekarze spoza regionu, a ludzie bywają siłą umieszczani w ośrodkach izolacji. To prosta droga do narastania nieufności. Dziś staramy się działać lepiej, we współpracy z miejscową ludnością.”
Jak podkreśla infektolog, znaczenie ma również przeszłość kolonialna. “Kolonialny system ochrony zdrowia był mocno nastawiony na powstrzymywanie ognisk chorób. Nacisk kładziono bardziej na to niż na opiekę nad pojedynczym pacjentem. Reakcja polegała więc na izolowaniu ludzi. Tymczasem miejscowa ludność prosi, aby skupić się na pacjentach i opiece. Trzeba zatem położyć większy nacisk na godność i leczenie, jednocześnie izolując chorych.”
Ziarno prawdy w teoriach spiskowych
“Wirus oczywiście istnieje” – mówi Liesenborghs – “ale w każdej teorii spiskowej tkwi ziarno prawdy”. “Ludzie uważają ebolę za wymysł służący zarabianiu pieniędzy. Takie ogniska często pojawiają się jednak w regionach, którym zwykle poświęca się niewiele międzynarodowej uwagi.”
“A potem nagle wybucha epidemia i niespodziewanie zjeżdżają lekarze z całego świata wraz z międzynarodowym personelem. Tacy pracownicy pomocy często zarabiają od pięciu do dziesięciu razy więcej niż miejscowi lekarze. Nagle ludzie widzą białe land cruisery organizacji pozarządowych, a hotele są pełne. To także pewnego rodzaju model biznesowy, co rodzi nieufność.”
Dlatego na miejscu prowadzone są działania z zakresu edukacji medialnej. “Media społecznościowe mamy trochę przeciwko sobie – fałszywe informacje bardzo szybko rozchodzą się przez WhatsApp i Facebook” – mówi infektolog.
“Ale pracujemy tu bardzo blisko z lokalną społecznością i jej liderami. Jednym z najważniejszych elementów jest współpraca z pacjentami, którzy wyzdrowieli. Razem z nimi możemy wrócić do społeczności i powiedzieć: zobaczcie, byłem chory, ale mnie tam wyleczono i to nieprawda, że właśnie tam zaraża się ludzi chorobą. W ten sposób możemy pokazać, że ebola nie musi oznaczać wyroku śmierci.”
W niedawnym wywiadzie dla portalu Statnews również szef WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus przyznał, że jest bardzo zaniepokojony sytuacją. “Jeśli ludność nie uzna tego za priorytet, będzie bardzo trudno” – powiedział.