Handel narkotykami na placu Bethléem – mieszkańcy Saint-Gilles nie chcą oddać przestrzeni publicznej
Handel narkotykami, obecny na placu Bethléem na Saint-Gilles od kilku lat, przybrał ostatnio zupełnie nową skalę. Mieszkańcy i władze lokalne nie zamierzają oddawać tego terenu przestępczości...
Wizualizacja wygenerowana przez SI. Nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia ani jego uczestników - Aktualnosci.be Handel narkotykami, obecny na placu Bethléem na Saint-Gilles od kilku lat, przybrał ostatnio zupełnie nową skalę. Mieszkańcy i władze lokalne nie zamierzają oddawać tego terenu przestępczości narkotykowej, jednak wobec braku możliwości rozbicia struktur dilerów na placu zapanowała forma wymuszonego współistnienia. Po serii strzelanin w gminie napięcie sięgnęło zenitu, a część rodzin zaczęła rozważać przeprowadzkę.
Spis treści
Dzielnica, której nikt nie porzucił
Żywa, wielokulturowa okolica z rozbudowaną siecią stowarzyszeń i lokali handlowych, przypominająca małą, przyjazną wioskę – w taki sposób mieszkańcy placu Bethléem najczęściej opisują swoją dzielnicę. Obraz ten szybko potwierdza się na miejscu, gdzie wyraźnie widoczna jest również obecność instytucji publicznych. Na placu pracują strażnicy miejscy i pracownicy służb porządkowych, stoi tam także radiowóz policyjny.
Kilkadziesiąt metrów dalej wznowiono właśnie prace związane z zazielenieniem skweru u stóp bloków mieszkań socjalnych. Na drzewach wiszą zabezpieczone folią plakaty zapowiadające konkurs rysunków kredą na ulicy. Plac Bethléem, z restauracjami, kawiarniami, przestrzenią spotkań i fontannami, jest więc daleki od miejsca zaniedbanego czy porzuconego przez władze. Nie przeszkodziło to jednak dilerom w zadomowieniu się w tej okolicy.
Czarna seria
Gmina doświadczała już wcześniej poważnych zdarzeń. W październiku 2025 r. kule trafiły w budynek szkoły gminnej przy placu Bethléem, a w kwietniu 2026 r. przed barem z fajkami wodnymi doszło do eksplozji. W minionym tygodniu przemoc wyraźnie jednak przybrała na sile.
Przez trzy kolejne dni na terenie gminy padały strzały. W sobotę wieczorem w miejscu określanym jako place des Deux Bancs, tuż obok placu Bethléem, postrzelony w nogę został mężczyzna. W poniedziałek około godz. 21.00 w tym samym miejscu padły strzały z broni automatycznej. Dzień wcześniej, około godz. 7.00, jedna z mieszkanek zobaczyła zabłąkaną kulę, która przebiła okno jej mieszkania w okolicy Porte de Hal. Jak wskazuje prokurator królewski w Brukseli Julien Moinil, fala przemocy jest skutkiem wojny o terytorium między dwiema rywalizującymi grupami.
Na ulicach Saint-Gilles wyraźnie odczuwalna jest obawa przed tragedią. Oburzenia nie kryje Anne, mieszkanka dzielnicy, której imię zostało zmienione. „To przerażające. Moje dzieci często chodzą po pizzę tam, gdzie w poniedziałek padły strzały. Mam przez to stracha. Nie mogę zaakceptować tego, że ktoś zawłaszcza przestrzeń publiczną kosztem innych ludzi” – mówi.
W niedzielę zorganizowano zgromadzenie mieszkańców, którzy chcą zaprotestować przeciwko rosnącym wpływom zorganizowanej przestępczości. Inicjatorem jest antymafijne stowarzyszenie Basta! (ASBL). Jak opowiada jego przewodnicząca Marcella Militello, która sama mieszka w tej dzielnicy, wydarzenie narodziło się z nieformalnych rozmów z mieszkańcami i organizacjami. „Boimy się i jesteśmy wściekli. Ta sytuacja nie jest normalna i nie możemy się do niej przyzwyczajać” – podkreśla.
Handel, który zmienił charakter
Z relacji mieszkańców wynika, że rzeczywistość placu Bethléem zaczęła zmieniać się już kilka lat temu, w czasie pandemii, gdy dilerzy i inne osoby bez stałego miejsca pobytu przejęły część przestrzeni publicznej. „Przed pandemią sprzedawcami narkotyków byli głównie młodzi ludzie z dzielnicy. Spotykali się na zewnątrz pod koniec dnia, palili trochę trawki i trochę handlowali. Można było z nimi porozmawiać, nie byli źli” – wspomina Anne.
„Teraz jest inaczej. To są ludzie, którzy czasem nawet nie wiedzą, gdzie się znajdują, osoby bez dokumentów. Są obserwatorzy, sprzedawcy często się zmieniają. Czuje się, że istnieje struktura i że to jest zorganizowane. To ludzie, którzy nie mają nic do stracenia, bo nic nie mają. Oni też są w tej historii ofiarami” – dodaje mieszkanka.
O tej zmianie mówi również radna Catherine François (PS). Odpowiada ona między innymi za kształcenie w ramach edukacji społecznej, a przez długi czas zarządzała gminnymi mieszkaniami socjalnymi. „Wcześniej na placu Bethléem funkcjonował drobny, rzemieślniczy handel. I jak to często bywa, mafie zainstalowały się tam, gdzie istniała już drobna przestępczość” – wyjaśnia.
Radna odrzuca zarzuty o pobłażliwość władz gminy i broni prowadzonej przez obecny zarząd polityki prewencji oraz solidarności. Jak zaznacza, władze federalne całkowicie pozostawiły gminę samą sobie, a przedstawianie jej jako przeciwniczki policji jest nieprawdziwe, ponieważ bezpieczeństwo traktowane jest jako sprawa pierwszorzędna.
Handel trwa mimo kontroli
Po ostatnich wydarzeniach policja jest w dzielnicy znacznie bardziej widoczna. W piątek nie ma jeszcze godz. 9.00, gdy pierwszy patrol kontroluje kilku młodych mężczyzn siedzących na ławce. Zaraz po jego odjeździe znów zaczynają się jednak podejrzane przemarsze tam i z powrotem. Mężczyzna w kapturze krząta się przy plandece obok donicy z kwiatami. Policja wraca z posiłkami, by przeprowadzić kolejną kontrolę, a po południu pojawia się ponownie, tym razem z psami tropiącymi.
Zwiększenie liczby kontroli potwierdza jeden z restauratorów, rozżalony na media i niechętny dalszej rozmowie. Doniesienia prasowe o dzielnicy z ostatnich miesięcy odstraszyły sporą część jego klientów, do tego stopnia, że dalsze funkcjonowanie lokalu jest zagrożone. Także inni przechodnie odmawiają rozmowy ze strachu. „Szczerze mówiąc, teraz jest gorąco, wolę, żeby nie widziano mnie z dziennikarzem” – rzuca jeden z młodych mężczyzn.
Mimo regularnych nalotów policji handel nie ustaje. Według władz jeden punkt sprzedaży w stolicy może generować nawet 30 000 euro obrotu w ciągu jednego dnia, a plac Bethléem jest dobrze znanym miejscem transakcji. Kupujący przyjeżdżają tu z innych gmin. „Tutaj konsumenci są mniej widoczni. Za to widać dużo samochodów i wymianę przez szybę” – zauważa Marie, której imię również zostało zmienione. Inaczej wygląda sytuacja w okolicach dworca Bruxelles-Midi czy na Parvis, gdzie problem uzależnień jest bardziej widoczny.
Trudności z mobilizacją mieszkańców
Oprócz reakcji politycznej ostatnie wydarzenia doprowadziły również do większej mobilizacji części mieszkańców, co przynosi Anne ogromną ulgę. „Od dwóch lat sytuacja jest fatalna i nikt nie reaguje. Kule trafiły w szkołę i nie było żadnej reakcji. Żadnego zebrania, żeby poinformować rodziców. Nie podjęto żadnych działań, nawet komunikatu do wywieszenia czy transparentu do rozwinięcia” – wylicza.
Matka uczniów częściowo tłumaczy to ideologicznym dyskomfortem, który dostrzega również u części swoich bliskich. Zaangażowana w nieformalne stowarzyszenie mieszkańców dzielnicy szybko zauważyła różnice zdań dotyczące obecności policji czy kamer. „Saint-Gilles to gmina bobo. Ludzie nie mają odwagi przekroczyć podziału na lewicę i prawicę i boją się, że domagając się konkretnych środków, wyjdą na konserwatystów” – stwierdza.
O trudnościach z mobilizacją społeczeństwa obywatelskiego wokół tego problemu mówi również Marcella Militello. Jak podkreśla, jest to temat dzielący ludzi pod względem sposobów reagowania, co pokazuje złożoność całego zjawiska. Krytykuje również ograniczanie finansowania stowarzyszeń zajmujących się uzależnieniami.
Wymuszone współistnienie
Problemu nie da się już dziś ominąć. W miarę jak handel w gminie stawał się coraz bardziej zorganizowany, na placu Bethléem wykształciła się forma wymuszonego współistnienia, która prowadzi również do zaskakujących sytuacji. „Po jednym z wydarzeń, które odbywało się na placu, niektórzy dilerzy pomogli nam składać namioty” – wspomina radna Catherine François.
Równocześnie życie dzielnicy toczy się dalej. Po lekcjach przestrzeń przejmują dzieci, które grają w piłkę albo uczą się jeździć na rowerze. Uciążliwości pozostają jednak realne i zagrażają swobodnemu korzystaniu z przestrzeni publicznej. „Znaleźliśmy narkotyki schowane pod zjeżdżalnią ustawioną na placu i moja córka nie chce się już tam bawić. Ale dziwnie to zabrzmi – w końcu człowiek się przyzwyczaja i nie czuję się zagrożona” – opowiada Marie. W trakcie rozmowy przyznała jednak, że poczuła pewien niepokój, gdy zauważyła mężczyznę siedzącego przy sąsiednim stoliku i wyjątkowo uważnie przysłuchującego się jej słowom.
Podczas forum obywatelskiego w listopadzie ubiegłego roku gmina informowała, że latem 2025 r. zorganizowała w dzielnicy ponad 50 wydarzeń, aby zagospodarować przestrzeń i nie pozostawiać jej w rękach dilerów. Na placu działają również inne organizacje. Jeszcze w piątek szkoła dla młodzieży zorganizowała bezpłatny podwieczorek po całorocznej pracy poświęconej smakom dzielnicy.
Nadzieja mimo wszystko
Niedzielne zgromadzenie budzi nadzieję mieszkańców. Ma być okazją do oceny skali mobilizacji, spotkania się i zapoczątkowania wspólnych działań. „Każdy ma do odegrania swoją rolę na swoim poziomie. Rodzice, szkoła” – komentuje Marie, której zależy na uświadamianiu młodych zarówno o zagrożeniach związanych z narkotykami, jak i o niebezpieczeństwie ze strony organizacji przestępczych, które mogą próbować ich werbować. „Znam mamę z Maroka, która wyprowadziła się poza Brukselę, bo bała się, że jej syn zostanie kiedyś zrekrutowany” – dodaje.
Inne rodziny również rozważają opuszczenie gminy, by uciec przed przemocą. Marcella Militello nadal jednak wierzy w potencjał swojej dzielnicy. „O wiele bardziej wierzę w to, co dzieje się w terenie, w siły żywotne tego miejsca, niż w politykę” – podkreśla.
„Kilka dni temu zastanawiałam się, którędy pójść, żeby ominąć miejsca strzelanin. Potem usłyszałam muzykę dobiegającą z placu Bethléem, gdzie artyści grali w altanie. Plac odzyskiwał swój śródziemnomorski charakter. To było krzepiące. Mam nadzieję, że w niedzielę z betonu wyrosną kwiaty” – mówi przewodnicząca stowarzyszenia.