70 lat od katastrofy w Bois du Cazier – historia dwóch górników z Fano, którą rozdzielił jeden dzień
W sobotę przypadała 70. rocznica największej katastrofy górniczej w historii Belgii. W pożarze kopalni Bois du Cazier w Marcinelle zginęło 262 pracowników 12 narodowości, w tym 136 Włochów. Losy...
Wizualizacja wygenerowana przez SI. Nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia ani jego uczestników - Aktualnosci.be W sobotę przypadała 70. rocznica największej katastrofy górniczej w historii Belgii. W pożarze kopalni Bois du Cazier w Marcinelle zginęło 262 pracowników 12 narodowości, w tym 136 Włochów. Losy dwóch mężczyzn pochodzących z tego samego włoskiego miasta – jednego, który cudem uniknął śmierci, i drugiego, który pozostał pod ziemią – pokazują, jak głęboko belgijskie zagłębia węglowe wpisały się w historię społeczności położonych daleko poza Walonią.
Spis treści
Posag, który uratował życie
29 lipca 1956 r. Urbano Ciacci poślubił Elsę Tonucci w Fano, mieście położonym nad Adriatykiem. Powrót do Belgii i pracy w kopalni Bois du Cazier w Marcinelle zaplanował na 6 sierpnia. Jego żona musiała jednak jeszcze przygotować i wysłać posag, w tym pościel, koce i materace.
Urbano nie chciał zostawiać jej samej, dlatego zdecydował się przełożyć podróż. Ta pozornie zwyczajna, domowa zwłoka, o której w innych okolicznościach szybko by zapomniano, uratowała mu życie.
Rankiem 8 sierpnia, gdy nowożeńcy przygotowywali się w Mediolanie do wyjazdu do Belgii, Ciacci dowiedział się, że w kopalni wybuchł pożar. Jego koledzy zostali uwięzieni pod ziemią. Wśród nich znajdował się Filippo Talamelli, również pochodzący z Fano. Ciacci wrócił do Marcinelle, przyłączył się do akcji ratowniczej i wraz z rodzinami czekał przed bramą kopalni na wiadomości, które nigdy nie nadeszły.
23 sierpnia jeden z ratowników wyszedł z szybu i wypowiedział dwa słowa, które stały się epitafium katastrofy: „Tutti cadaveri” – wszyscy martwi.
Dziewięć ofiar z jednej włoskiej prowincji
Z ówczesną prowincją Pesaro i Urbino związanych było dziewięć ofiar pożaru: Filippo Talamelli, Sisto Antonini, Alvaro Palazzi, Giuseppe Righetti, Edo Dionigi, Enrico Del Guasta, Antonio Gabrielli, Giovanni Bianconi i Antonio Molari. Rodzinne miejscowości trzech ostatnich mężczyzn należały wówczas do tej prowincji, a obecnie znajdują się na terenie prowincji Rimini.
Więź między Fano a Marcinelle to więc coś więcej niż niezwykła historia człowieka, którego od śmierci dzieliły dwa dni. Jest ona częścią szerszej historii migracji, którą lokalna pamięć zbiorowa zachowała jedynie częściowo.
Włoscy robotnicy w zamian za belgijski węgiel
W dekadzie po zakończeniu drugiej wojny światowej setki młodych ludzi opuszczały miasta i wsie tej części Włoch, aby pracować w belgijskich kopalniach. Włochy potrzebowały węgla do odbudowy kraju, a Belgia potrzebowała pracowników. Dwustronna umowa podpisana w 1946 r. przekształciła te potrzeby w zorganizowany system rekrutacji: włoscy robotnicy w zamian za dostawy węgla.
Plakaty rozwieszane w całych Włoszech obiecywały wyższe zarobki i dobre warunki pracy. Dopiero po przyjeździe wielu migrantów dowiadywało się, jaka rzeczywistość ich czeka. Zakwaterowywano ich w barakach, które podczas wojny służyły jako obozy dla jeńców. Górnicy zjeżdżali na głębokość sięgającą 1 000 metrów i przez wiele godzin pracowali w chodnikach, w których często nie można było nawet stanąć wyprostowanym.
Każdemu pracownikowi przypisywano numer. Ciacci miał numer 709 – ten sam widniał na jego lampie, szafce i sprzęcie. „Nie byłem Urbano. Byłem 709″ – wspominał po wielu latach.
Kiedy w 1954 r. wyjeżdżał z Fano, nie miał jeszcze 19 lat. W górnictwie przepracował później 25 lat. Z czasem stał się jednym z ostatnich bezpośrednich świadków wydarzeń w Bois du Cazier i część życia poświęcił oprowadzaniu uczniów oraz zwiedzających po miejscu, w którym pracowali mężczyźni zabici 8 sierpnia. W górniczym ubraniu, z pasem i czerwoną chustą, którą dawniej zasłaniano nos i usta przed pyłem węglowym, rozpoznawał twarze na tablicy pamiątkowej i przypominał sobie rozmowy prowadzone przed kolejnymi zjazdami pod ziemię.
Mniej widoczna strona migracji
Historia górników z Fano nie kończy się jednak na Marcinelle. Ennio Tomassini pracował w kopalniach Limburgii do czasu, gdy stracił zdolność do pracy. Guido Gramolini zjeżdżał do jednych z najgłębszych szybów i zachorował na pylicę. Alberto Gramolini był zatrudniony w zagłębiu Charleroi, później mieszkał w Brukseli, a po przejściu na emeryturę wrócił do Fano. Franco Barilozzi po powrocie do Włoch pomagał byłym górnikom w uzyskaniu uznania praw emerytalnych wypracowanych za granicą.
Ich losy pokazują mniej widoczną stronę migracji – nie tylko sam wyjazd i ciężką pracę, ale również choroby ujawniające się po latach, niepełnosprawność, starania o świadczenia socjalne oraz trudności związane z powrotem do ojczyzny.
Ważną rolę w tej historii odgrywały również kobiety. Żony i matki utrzymywały rodziny rozdzielone między dwa kraje, zarządzały przesyłanymi pieniędzmi, próbowały odnaleźć się w obcym otoczeniu albo czekały na bliskich w domu. W historii Ciacciego ich rola ujawnia się w niemal paradoksalnym szczególe: to posag Elsy i decyzja małżonków, by podróżować razem, sprawiły, że 8 sierpnia nie było go w kopalni.
Skutki katastrofy i rozliczenia
Katastrofa w Marcinelle położyła kres zorganizowanej rekrutacji włoskich robotników do belgijskich kopalń i zmusiła Europę do poważniejszego zajęcia się bezpieczeństwem pracy pod ziemią. Wprowadzono systemy przeciwpożarowe, maski gazowe oraz bardziej rygorystyczne kontrole. Znacznie mniej jednoznacznie wyglądały natomiast rozliczenia sądowe. Po uniewinnieniach w pierwszej instancji postępowanie apelacyjne zakończyło się jednym wyrokiem sześciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu. Odszkodowania zaproponowane rodzinom ofiar powszechnie uznawano za niewystarczające.
Od 2001 r. we Włoszech 8 sierpnia obchodzony jest jako Narodowy Dzień Ofiary Włoskiej Pracy na Świecie.
Siedemdziesiąt lat po katastrofie pamięć o Marcinelle w Fano oznacza jednak więcej niż samo obchodzenie rocznicy. To także uznanie, że nadmorskie miasto miało swój własny podziemny świat – ukrytą historię emigracji, węgla, chorób i pracy. Zapisała się ona w losach tych, którzy wrócili, tych, którzy pozostali w Belgii, oraz tych, którzy – jak Filippo Talamelli – nigdy nie wrócili do domu.