Belgia przed trudnym konklawe budżetowym – „10 miliardów euro to minimum” ostrzega ekonomista z Gandawy
Rosnące stopy procentowe i słaby wzrost gospodarczy stawiają rząd Barta De Wevera przed jednym z najtrudniejszych zadań tej kadencji: znalezieniem 10 miliardów euro, które mają przywrócić federalny...
Wizualizacja wygenerowana przez SI. Nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia ani jego uczestników - Aktualnosci.be Rosnące stopy procentowe i słaby wzrost gospodarczy stawiają rząd Barta De Wevera przed jednym z najtrudniejszych zadań tej kadencji: znalezieniem 10 miliardów euro, które mają przywrócić federalny budżet na trwałą ścieżkę. Zdaniem Gerta Peersmana, profesora ekonomii Uniwersytetu w Gandawie (UGent), jest to jednak absolutne minimum, a w kolejnej kadencji konieczny będzie jeszcze większy wysiłek. W rozmowie z dziennikiem L’Echo ekonomista wyjaśnia przyczyny globalnego wzrostu stóp procentowych, wskazuje możliwe źródła oszczędności i przedstawia zaskakująco optymistyczną prognozę dotyczącą wpływu sztucznej inteligencji na produktywność oraz zatrudnienie.
Spis treści
- Najwyższe stopy od kryzysu zadłużenia z 2012 r.
- Skąd wzrost stóp procentowych
- Czy grozi nam nowy kryzys zadłużenia
- „10 miliardów euro to minimum”
- Potrzebny program wzrostu, nie tylko cięcia
- Gdzie szukać pieniędzy – rola regionów
- VAT jako najmniej bolesna opcja po stronie wpływów
- Najsłabszy wzrost w strefie euro
- Sztuczna inteligencja – bańka czy szansa
- Obiecane zyski produktywności
- Zatrudnienie, nierówności i zależność technologiczna
- Perspektywa historyczna: więcej śniegu na górze
Najwyższe stopy od kryzysu zadłużenia z 2012 r.
Belgijska długoterminowa stopa procentowa, czyli koszt, jaki państwo ponosi przy emisji dziesięcioletnich obligacji, osiągnęła w minionym tygodniu najwyższy poziom od czasu kryzysu zadłużenia państwowego z 2012 r. Podobne zjawisko obserwowane jest na całym świecie – od Stanów Zjednoczonych po Japonię – a inwestorzy, w warunkach napiętej sytuacji geopolitycznej, domagają się coraz wyższej premii za ryzyko.
Dla Belgii wzrost ten następuje w wyjątkowo niekorzystnym momencie. Rząd federalny wraca właśnie z letniej przerwy i już w przyszłym tygodniu musi rozpocząć trudne negocjacje budżetowe. Belgia ma obecnie największy deficyt budżetowy w strefie euro, który bez dodatkowych działań miałby wzrosnąć do 5,8 procent produktu krajowego brutto do 2029 r.
Rząd wyznaczył sobie cel znalezienia około 10 miliardów euro – zarówno poprzez zwiększenie wpływów, jak i ograniczenie wydatków. Chodzi przede wszystkim o to, aby za kilka lat uniknąć niebezpiecznego efektu kuli śnieżnej, w którym rosnące koszty obsługi odsetek zaczęłyby szybko powiększać dług publiczny.
Skąd wzrost stóp procentowych
Mimo narastających problemów Gert Peersman zachowuje spokój. Wzrost stóp procentowych tłumaczy połączeniem kilku czynników. Pierwszym jest utrzymująca się inflacja, a dokładniej przekonanie, że nie spadnie ona już znacząco niżej.
To zakorzenia się w umysłach ludzi, a wysoka inflacja staje się wtedy samospełniającą się przepowiednią – wyjaśnia profesor.
Drugim czynnikiem jest niepewność dotycząca kierunku, jaki obierze Kevin Warsh, nowy przewodniczący Rezerwy Federalnej, czyli amerykańskiego banku centralnego. Ekonomista stawia otwarte pytanie, czy Warsh znalazł się na tym stanowisku wyłącznie po to, by służyć Donaldowi Trumpowi łagodną polityką pieniężną, która dodatkowo napędzałaby inflację.
Dla budżetu kluczowe znaczenie ma jednak realna stopa procentowa, czyli stopa pomniejszona o inflację. Jak tłumaczy Peersman, rośnie ona wskutek ogromnych deficytów publicznych, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. Trumpowi nie udaje się ich ograniczyć i nikt nie oczekuje, że zrobi w tej sprawie wiele – a to, zdaniem ekonomisty, rzeczywiście jest powodem do niepokoju.
Jest jednak także druga strona tego zjawiska. Jak podkreśla Peersman, stopy procentowe rosną również dlatego, że rynki spodziewają się szybszego globalnego wzrostu gospodarczego, w dużej mierze dzięki sztucznej inteligencji. Firmy więcej inwestują, a konsumenci mniej oszczędzają, gdy oczekują lepszej koniunktury. Jeśli ten wzrost faktycznie się zmaterializuje, dla budżetu nie będzie to zła wiadomość.
Czy grozi nam nowy kryzys zadłużenia
Amerykański noblista Paul Krugman apelował w minionym tygodniu, aby nie panikować. Peersman zasadniczo podziela to stanowisko, choć dodaje ważne zastrzeżenie. Część państw ma wysokie, strukturalne deficyty budżetowe, które trudno ograniczyć, zwłaszcza przy niekorzystnych zmianach demograficznych i rosnących kosztach starzenia się społeczeństwa. Oszczędności musiałyby dotknąć grup mających duże znaczenie wyborcze, a przy obecnym populistycznym dyskursie takie działania nie są w wielu krajach łatwe do przeprowadzenia.
Prawdziwy kryzys – jak zaznacza ekonomista – zaczyna się wtedy, gdy uruchamia się spirala, a stopy procentowe rosną w sposób nieuzasadniony. Taki scenariusz może kiedyś wystąpić, jednak od 2012 r. wyciągnięto wiele wniosków, a Europejski Bank Centralny (EBC) dysponuje narzędziami pozwalającymi przeciwdziałać kryzysowi. Bank centralny nie rozwiąże jednak problemów strukturalnych. Można powstrzymać atak spekulacyjny, ale nie da się usunąć faktu, że wysoki deficyt wywiera presję na wzrost stóp procentowych.
„10 miliardów euro to minimum”
Zapytany, czy zapowiadane oszczędności wystarczą do uspokojenia rynków, Peersman odpowiada jednoznacznie: 10 miliardów euro do 2029 r. wydaje mu się minimum, a im więcej uda się znaleźć, tym lepiej. Przypomina jednocześnie, że im bliżej wyborów, tym trudniej podejmować kolejne działania – dlatego jego zdaniem należy działać już teraz.
Rząd powinien znaleźć w tej kadencji więcej niż 10 miliardów euro oszczędności budżetowych. Po to, by nie rozpoczynać następnej w sytuacji kryzysowej – podkreśla profesor.
Według Peersmana nawet po znalezieniu tej kwoty kolejna kadencja będzie wymagała jeszcze większego wysiłku, ponieważ pod koniec obecnej deficyt prawdopodobnie nie będzie niższy niż na jej początku. Już dziś jest to wyjątkowo trudne zadanie. Skoro stopy procentowe mogą jeszcze wzrosnąć, a od 2030 r. pojawia się ryzyko efektu kuli śnieżnej w kosztach obsługi długu, rozsądny gospodarz powinien zrobić jak najwięcej od razu.
Potrzebny program wzrostu, nie tylko cięcia
Ekonomista zwraca uwagę na kwestię, która dopiero zaczyna mocniej przebijać się do debaty publicznej – potrzebę wyznaczenia dłuższej perspektywy. Długoterminowe oszczędności zostały już wprowadzone, a koszty starzenia się społeczeństwa ograniczone. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, jak trudno przy każdym kolejnym podejściu poprawiać stan budżetu poprzez nowe podatki lub następne cięcia wydatków.
Nie można w nieskończoność, przy każdym konklawe budżetowym, ograniczać wydatków tu i podnosić podatków tam. Trzeba też postawić na politykę wzrostu gospodarczego – mówi Peersman, odnosząc się do cyklicznych negocjacji budżetowych rządu federalnego.
Obecna kadencja nie zdąży już zebrać owoców takiej polityki. Działania prowzrostowe nie przyniosą nagłego przełomu w budżecie już w 2028 r., ale w dłuższym okresie zaczynają się opłacać. Dlatego, jak apeluje profesor, rząd nie powinien skupiać się wyłącznie na znalezieniu 10 miliardów euro, lecz również jak najszybciej określić program pobudzania wzrostu gospodarczego.
Gdzie szukać pieniędzy – rola regionów
Peersman był jednym z ekspertów, którzy przekazali federalnemu biuru planowania (Bureau du plan) propozycje dotyczące możliwych oszczędności i dodatkowych wpływów. Jak zaznacza, gdyby wdrożyć je wszystkie, budżet zostałby zrównoważony z dnia na dzień. Potencjalne rozwiązania leżą więc na stole, natomiast wybór należy do polityków.
Środki sanacji budżetowej są z natury bolesne. Nie brakuje ich. Ale to na decydentach politycznych, a nie na ekonomistach, spoczywa obowiązek wyboru – zaznacza profesor, przyznając, że część odbiorców jego propozycji była początkowo rozczarowana brakiem magicznej formuły, która pozwoliłaby naprawić budżet w sposób niezauważalny dla kogokolwiek.
Jedną konkretną sugestię ekonomista formułuje jednak wprost: należy przyjrzeć się także regionom. Cały deficyt budżetowy i historyczny dług obciążają poziom federalny. Nie stanowiło to większego problemu, dopóki stopy procentowe pozostawały niskie, ale obecnie rosną. Dochodzą do tego wydatki na obronność oraz niemal wszystkie koszty związane ze starzeniem się społeczeństwa. Największe wyzwania finansowe koncentrują się więc na szczeblu federalnym.
Trzeba by pomyśleć również o przekazaniu części wysiłku budżetowego regionom, które otrzymały dużo pieniędzy w ramach reform państwa – stwierdza Peersman.
Jak tłumaczy, kolejne reformy państwa doprowadziły do przekazania regionom ogromnych środków, co było w pewnym sensie ceną wykupu. Regiony dysponują dziś znacznymi zasobami i stosunkowo łatwo je wydają. Przeniesienie na nie części rachunków zmusiłoby je do szukania oszczędności w innych obszarach. Można byłoby to przeprowadzić w ramach kolejnej reformy państwa, ale zdaniem ekonomisty nie trzeba nawet posuwać się tak daleko – to rozwiązanie znajdujące się w zasięgu ręki.
VAT jako najmniej bolesna opcja po stronie wpływów
Po stronie dochodowej profesor wskazuje jedno konkretne rozwiązanie.
Jeśli trzeba gdzieś podnieść podatki, VAT należy do najmniej bolesnych opcji – ocenia.
Peersman argumentuje, że VAT jest podatkiem stosunkowo neutralnym i nie ogranicza silnie siły nabywczej, ponieważ część jego skutków ponoszą również producenci. Z belgijskiego punktu widzenia część rachunku trafia też za granicę, ponieważ wielu zagranicznych producentów korzysta obecnie z relatywnie niskiej belgijskiej stawki VAT w porównaniu międzynarodowym. Można więc skłonić ich do większego udziału, ponieważ obecnie w praktyce korzystają z przewagi.
Najsłabszy wzrost w strefie euro
W okresie dwunastu miesięcy do połowy 2026 r. Belgia odnotowała najsłabszy wzrost gospodarczy w strefie euro. Peersman tonuje jednak emocje: kraj rzeczywiście pozostaje w tyle, ale sytuacja nie jest dramatyczna. Wystarczyłoby dodać 0,10 punktu procentowego, aby Belgia znalazła się niemal w środku zestawienia.
Ekonomista zauważa, że głównymi motorami wzrostu są obecnie państwa, które wyszły z kryzysu i przeprowadziły reformy – Grecja i Portugalia, a przede wszystkim Hiszpania. Kraje te podjęły wysiłek, który teraz zaczyna przynosić rezultaty.
Słabszy wynik nie jest również czymś nadzwyczajnym w okresie sanacji finansów publicznych, ponieważ oznacza ona wycofywanie pieniędzy z gospodarki. Jak przypomina profesor, praktyczna reguła mówi, że trzeba zaoszczędzić 4 euro, aby poprawić budżet o 3 euro. Cięcia wydatków ograniczają konsumpcję, a tym samym wpływy z VAT i zysków przedsiębiorstw, natomiast podwyżki podatków zmniejszają środki pozostające w dyspozycji gospodarstw domowych i firm. Kosztuje to część wzrostu gospodarczego, ale wskazuje też na istotny problem: w przeszłości Belgia robiła pod tym względem niewiele w porównaniu z innymi państwami.
Sztuczna inteligencja – bańka czy szansa
W minionym tygodniu grupa ekonomistów EBC ostrzegła przed możliwą korektą na giełdach i jej poważnymi konsekwencjami dla Europy. Peersman przyznaje, że w niektórych miejscach rzeczywiście może być sporo powietrza, a sztuczna inteligencja może okazać się bańką. Jeśli ktoś jest mocno wystawiony na ten rynek, istnieje ryzyko wstrząsu przypominającego upadek Lehman Brothers, którego skutki odczułaby także gospodarka.
Pozytywnym elementem jest jednak to, że firmy, które jeszcze niedawno dysponowały ogromnymi zasobami gotówki, dziś inwestują na dużą skalę – coraz częściej także na kredyt, ale nadal pozostają silne i solidne. Oczywiście pojawią się przegrani, ponieważ nie każdy uczestnik tego wyścigu odniesie sukces. Dla Europy nie jest to jednak aż tak poważne zagrożenie, gdyż w dużej mierze chodzi o przedsiębiorstwa amerykańskie – jeśli w tej bańce rzeczywiście jest powietrze, to przede wszystkim tam zostanie ono spuszczone.
Z czysto ekonomicznego punktu widzenia dla naszych firm nie ma znaczenia, czy sztuczna inteligencja powstaje w USA, czy w Chinach. Zbiorą jej owoce w swojej działalności – podkreśla ekonomista.
Konkurencja między firmami jest jego zdaniem korzystna: im więcej graczy działa na rynku, tym niższe ceny dla użytkowników. Możliwe również, że z Chin pojawi się bezpłatna alternatywa, niezależnie od politycznych zastrzeżeń wobec takiego rozwiązania.
Obiecane zyski produktywności
Peersman należy do optymistów, jeśli chodzi o gospodarczy potencjał sztucznej inteligencji. Przez długi czas trudno było wskazać, skąd miałby pochodzić dalszy wzrost produktywności. Gospodarki stały się w dużej mierze usługowe, a właśnie w usługach zwiększanie produktywności jest znacznie trudniejsze – i to tam AI może przynieść dużą zmianę. Pierwsze pozytywne efekty są już widoczne w danych ze Stanów Zjednoczonych.
Przede wszystkim nie hamujmy sztucznej inteligencji – może ona przynieść tak długo oczekiwane zyski produktywności w naszych gospodarkach usługowych – mówi profesor, który sam aktywnie korzysta z tych narzędzi i co tydzień jest zaskakiwany tempem ich rozwoju.
Jednocześnie zastrzega, że nie należy oczekiwać podwojenia PKB ani automatycznego rozwiązania problemów budżetowych. Wzrost produktywności w ostatniej dekadzie wynosił od 0,3 do 0,4 procent rocznie, więc przestrzeń do poprawy jest znaczna. Jak przypomina ekonomista, w latach 70. i 80. dynamika produktywności sięgała około 4 procent rocznie – jeśli więc uda się zwiększyć ją z 0,3 do 1 lub 1,5 procent, będzie to już bardzo dobry wynik.
W europejskich statystykach wpływu sztucznej inteligencji jeszcze nie widać. Firmy muszą przejść transformację, a sama technologia nadal szybko się rozwija. Zdaniem profesora duża część zysków produktywności pojawi się pośrednio, między innymi dzięki pozytywnemu wpływowi AI na badania i rozwój.
Zatrudnienie, nierówności i zależność technologiczna
Pytany o ryzyko wzrostu bezrobocia, Peersman określa się jako optymista, a może raczej realista. W krótkim okresie skutki mogą być negatywne dla części firm i sektorów, a niektórzy pracownicy zostaną zastąpieni przez algorytmy.
W długim okresie każdy postęp technologiczny stworzył netto więcej miejsc pracy, niż zlikwidował – zaznacza.
Mechanizm jest jego zdaniem stosunkowo prosty: osoby pracujące z wykorzystaniem sztucznej inteligencji stają się bardziej produktywne i otrzymują wyższe wynagrodzenia, przedsiębiorstwa osiągają większe zyski, a konsumenci korzystają z niższych cen. W gospodarce pojawia się w ten sposób dodatkowa siła nabywcza, która tworzy nowe miejsca pracy i sprzyja powstawaniu nowych sektorów.
Uzasadnioną obawą pozostaje natomiast wzrost nierówności. Jeśli korzyści skoncentrują się w rękach niewielkiej grupy, może to prowadzić do napięć i osłabienia konsumpcji – w skrajnym przypadku takie dochody można jednak opodatkować.
Nowe potrzeby gospodarcze ekonomista dostrzega między innymi w opiece nad osobami starszymi oraz ochronie zdrowia, gdzie już dziś wiadomo, że zapotrzebowanie na pracowników będzie rosło. Bankier, prawnik czy nauczyciel nie przejdzie jednak z dnia na dzień do sektora opieki, dlatego transformacja może być bolesna – mowa jednak o procesie rozłożonym na kilka dekad.
Jeśli przesunięcie dokona się tak jak z rolnictwa do przemysłu, a potem do usług, nie jestem zaniepokojony – stwierdza.
Osobnym zagadnieniem pozostaje zależność od technologii amerykańskiej i chińskiej. Z czysto ekonomicznego punktu widzenia Peersman się tym nie martwi, ponieważ konkurencja między dostawcami ma uniemożliwiać zamknięcie Europy w monopolu. Rozumie jednak geopolityczne argumenty przemawiające za rozwijaniem własnych rozwiązań – Europa nie chce stać się kontynentem odciętym od technologii w razie konfliktu – choć z ekonomicznego punktu widzenia bardziej efektywne może być korzystanie z narzędzi rozwijanych gdzie indziej.
Perspektywa historyczna: więcej śniegu na górze
Na koniec ekonomista przypomina, że w przeszłości stopy procentowe były znacznie wyższe niż obecnie. Dziś państwo nie płaci więcej, niż wynosi inflacja, a wzrost stóp nie wpływa jeszcze na wskaźnik zadłużenia. Sytuacja może jednak zacząć się zmieniać od 2030 r. i wtedy konieczna będzie większa czujność.
W latach 80. efekt kuli śnieżnej związany z kosztami obsługi długu był realnym problemem. Dlaczego więc obawy pojawiają się już teraz? Jak tłumaczy Peersman, przez długi czas Belgia korzystała z premii wynikającej z niskich stóp procentowych, którą w międzyczasie przeznaczyła na konsumpcję. Inny jest również punkt wyjścia – dług publiczny jest dziś wyższy niż w latach 80. Innymi słowy, na górze znajduje się obecnie więcej śniegu.
Gert Peersman ma 53 lata i jest profesorem w katedrze ekonomii Uniwersytetu w Gandawie. Specjalizuje się w empirycznej makroekonomii, polityce pieniężnej i budżetowej, analizie koniunktury oraz dynamice rynków surowcowych. Regularnie pełni funkcję doradcy banków centralnych i instytucji międzynarodowych, w tym Europejskiego Banku Centralnego oraz Banku Rozrachunków Międzynarodowych.