Upały zmieniają rytm pracy w Brukseli – na budowach i w kuchniach dzień zaczyna się o świcie
Fala upałów, która od tygodnia utrzymuje się w Belgii, zmusza część pracowników budowlanych i gastronomicznych w Brukseli do przesuwania albo skracania dnia pracy. Na budowach praca zaczyna się już o...
Wizualizacja SI - Aktualnosci.be Fala upałów, która od tygodnia utrzymuje się w Belgii, zmusza część pracowników budowlanych i gastronomicznych w Brukseli do przesuwania albo skracania dnia pracy. Na budowach praca zaczyna się już o godz. 6.00 i może kończyć się w południe, aby uniknąć najgorętszych godzin. W piątek termometry w stolicy wskazywały 37 °C. Ci, którzy mają taką możliwość, chronią się w klimatyzowanych biurach. Inni szukają cienia drzew – często jedynego źródła choćby niewielkiego chłodu – ale wielu nadal pracuje, nierzadko w dusznym upale.
Spis treści
Po godz. 14.00 robi się gorąco, a chwilę później – zbyt gorąco. Nasłonecznione ulice pustoszeją, dźwigi na budowach przestają pracować, a na tarasach trudno znaleźć kogokolwiek. Fala upałów trwa już od tygodnia i prawdopodobnie nie będzie ani najgorętszą, ani ostatnią tego lata. W niektórych sektorach dostosowanie godzin pracy stało się kwestią konieczności. Dotyczy to zwłaszcza gastronomii i budownictwa, gdzie samo picie wody oraz częste przerwy w cieniu przestają wystarczać.
Zacząć jak najwcześniej, o świcie
O świcie temperatura jest o 12 do 15 stopni niższa niż w środku dnia. Choć szybko zaczyna rosnąć, chłodniejsze jeszcze powietrze po nocy daje pracownikom kilka godzin względnego wytchnienia.
Na budowie w Woluwe-Saint-Lambert około pięćdziesięciu robotników rozpoczyna regulaminową przerwę śniadaniową. Jest godz. 9.00, termometr pokazuje już 29 °C, a w tym tygodniu prace zaczynają się o godz. 6.00 – godzinę wcześniej niż zwykle. To wyjątkowe rozwiązanie, uzgodnione wspólnie ponad tydzień wcześniej i podyktowane zdrowym rozsądkiem, jak wyjaśnia Fatmir Sejdiu, cieśla szalunkowy i przedstawiciel związkowy. Jak relacjonuje, poprzedniego dnia było 31 °C, ale gdy chodzi się po betonowych blokach, odczuwalna temperatura sięga co najmniej 40 °C.
Celem jest wykonywanie najcięższych prac możliwie najwcześniej, zanim nadejdą najgorętsze godziny i zanim beton zdąży się mocno nagrzać, a jednocześnie bez utraty tempa robót. O godz. 14.30 wszyscy wracają do domów. Fatmir tłumaczy, że ekipa stara się pracować jak najwięcej na zewnątrz, bo to tam trzeba posuwać prace naprzód, natomiast osoby gorzej znoszące upał kierowane są do piwnicy, gdzie jest chłodniej, i wykonują wolniejsze zadania. W czwartek jednak nawet klimatyzowane baraki i piwnica nie wystarczyły przy rekordowych temperaturach, dlatego podjęto decyzję o zakończeniu pracy w południe.
Takie działania prewencyjne planuje się indywidualnie, zależnie od konkretnej sytuacji – podkreśla Sandrine Ruppol, lekarka medycyny pracy i wykładowczyni na UCLouvain. Jej zdaniem, jeśli fale upałów staną się normą, przesuwanie godzin pracy będzie wymagało rygorystycznej higieny życia oraz dostosowań zarówno zawodowych i prywatnych, jak i politycznych. Jak zaznacza, praca w gorących warunkach po południu oznacza dla organizmu większy wysiłek niż o innych porach dnia.
Wkrótce sjesta dla wszystkich?
Kilka kilometrów dalej, na rogu wybetonowanej ulicy na Saint-Gilles, Sidney mówi, że ma szczęście, iż nie pracuje już w kuchni, jak zdarzało mu się wcześniej. Przyznaje, że nawet nie chce sobie wyobrażać, jak musi tam być dzisiaj.
Niedawno przejął osiedlową kawiarnię. Zatrudnia w niej piekarza, który – podobnie jak robotnicy – za obopólną zgodą postanowił w tym tygodniu zaczynać wcześniej. Do wypieku bochenków chleba cztery piece pracują w temperaturze 300 °C i już od godz. 9.00 warunki stają się trudne do zniesienia. Trzeba było więc znaleźć system, w którym każdy zachowuje choć minimalny komfort. Sidney również dostosowuje godziny, bo wewnątrz, przy wyłączonych piecach, jest 35 °C, a gdy brakuje powietrza, temperatura dochodzi do 39 °C. Mimo otwartych drzwi prowadzących na podwórze powietrze pozostaje ciężkie i duszne. O godz. 15.00 tylko jedna para znajduje cień w lokalu – w takich warunkach korzystniej jest otworzyć później.
Jak podsumowuje Sidney, nie jest zwolennikiem klimatyzacji i woli dostosować godziny pracy, tym bardziej że w największy upał i tak nie ma klientów, więc zamyka lokal. Model “na hiszpańską modłę” pozwala mu ominąć szczyt wysokich temperatur i ograniczyć straty, przesuwając klientów na początek wieczoru, choć zwykle kończy pracę o godz. 17.00. Taka południowa przerwa, czyli słynna sjesta, ma – jak potwierdza Sandrine Ruppol – logiczne uzasadnienie i powstała naturalnie po to, by chronić ludzi przed wystawieniem na działanie upału. Prawdopodobnie nie będzie jednak rozwiązaniem dla wszystkich, a każde przedsiębiorstwo musi rzetelnie rozważyć argumenty za i przeciw.
“Cierpieć dla dwudziestu nakryć – to nie ma sensu”
Sara, właścicielka restauracji w pobliżu dworca Bruksela-Midi, od prawie dziesięciu lat buduje wierną klientelę wokół jednego momentu dnia – przerwy na lunch. Gdy działalność zależy od apetytu gości właśnie o tej porze, przesunięcie godzin serwowania posiłków jest niemal niemożliwe. Jak przyznaje, potrzeba byłoby dużo czasu, aby klienci przyzwyczaili się do zmiany.
Z braku lepszego rozwiązania trzeba więc dostosować się inaczej. W środę restauracja pozostała zamknięta. Decyzję podjęto wspólnie z zespołem już w poniedziałek, gdy prognozy zapowiadały 38 °C. Sara mówi, że wszyscy wiedzieli, iż będzie to prawdziwe piekło, a wytrzymanie pięciu takich dni z rzędu byłoby bardzo trudne. Martwiła się także o zdrowie swoich pracowników.
Zamknięcie lokalu ma jednak swoją cenę i choć właścicielka jest gotowa zrobić to ponownie, straty ponosi sama. Jak tłumaczy, bierze część kosztów na siebie, ale zespół musi się na to zgodzić, bo jego również to dotyka. Wie, że jest zbyt gorąco, i uważa, że gdyby istniało bezrobocie ekonomiczne na czas upału, jej pracownicy woleliby nie pracować.
Sara domaga się długofalowych rozwiązań politycznych. To, co jeszcze kilka lat temu było wyjątkiem, dziś stało się zjawiskiem regularnym. Jej zdaniem należałoby przynajmniej rozważyć rekompensatę finansową za dni, w których temperatura przekracza określony próg. Choć temperatury mają zacząć spadać, po tygodniu spędzonym przy ponad 35 °C właścicielka zachowuje trzeźwą ocenę sytuacji i wie, że będzie coraz trudniej. To, co dało się znieść podczas krótkich i rzadkich okresów upału w poprzednich latach, na dłuższą metę staje się nie do wytrzymania. Z braku innych rozwiązań każdy dostosowuje się tak, jak potrafi.