Flexi-joby w Belgii: legalna praca na czarno czy potrzebna łatka?
W Belgii ponad ćwierć miliona osób pracuje w systemie określanym czasem jako “na czarno, ale legalnie”. Chodzi o flexi-joby, wokół których narasta coraz więcej emocji. Jedni mówią o...
Wizualizacja SI - Aktualnosci.be W Belgii ponad ćwierć miliona osób pracuje w systemie określanym czasem jako “na czarno, ale legalnie”. Chodzi o flexi-joby, wokół których narasta coraz więcej emocji. Jedni mówią o aferze drenowania kasy państwa, inni o praktycznym rozwiązaniu dla rynku pracy. Jak ocenia w swoim felietonie ekonomicznym na antenie RTBF Amid Faljaoui, to, co można przeczytać na ten temat, nie jest całkowicie fałszywe, ale nie oddaje też całej prawdy.
Czym jest flexi-job
Flexi-job to dodatkowa praca, ale obwarowana ważną zasadą: aby móc ją wykonywać, trzeba mieć już regularne zatrudnienie w wymiarze co najmniej 4 dni na 5. Od tej głównej pracy podatki płacone są normalnie. Nieopodatkowane pozostają jedynie dodatkowe godziny, często wykonywane wieczorem lub w weekend. Flexi-job nie jest więc czyimś jedynym źródłem utrzymania – zawsze stanowi drugi dochód.
Faljaoui przywołuje przykład restauracji: za barem pracują dwie osoby, wykonujące dokładnie te same zadania. Jedna jest zatrudniona na stałe, płaci podatki i składki, druga dorabia w ramach flexi-jobu i zatrzymuje całość wynagrodzenia. Tak przedstawiona sytuacja może wyglądać niesprawiedliwie. Różnica polega jednak na tym, że druga osoba ma już gdzie indziej normalnie opodatkowaną pracę, więc nie jest to dokładnie ta sama sytuacja.
Dlaczego to budzi emocje
Zdaniem Faljaoui są ku temu dwa powody. Pierwszy to samo określenie, bo jeden z flamandzkich posłów mówił o “legalnej pracy na czarno”. Formuła brzmi chwytliwie, ale jest wewnętrznie sprzeczna: praca na czarno jest ukryta, natomiast flexi-job działa odwrotnie – jest zgłoszony, zarejestrowany, a pracodawca odprowadza od niego składkę na rzecz państwa. Prawdą pozostaje jednak to, że pracownik nie płaci podatku od tych godzin, więc państwo uzyskuje mniej niż przy klasycznym zatrudnieniu. Szacunki mówią o kwotach od 100 do prawie 500 milionów euro.
Drugi powód – według autora znacznie istotniejszy – dotyczy pytania, czy flexi-joby wypierają zwykłe miejsca pracy. System wprowadzono w 2015 r., aby pomóc kawiarniom i restauracjom w obsłudze godzin szczytu. W takiej roli sprawdzał się bardzo dobrze. Dziś jednak jedna na osiem firm korzystających z flexi-jobów pracuje już niemal wyłącznie w tym systemie albo ze studentami. Łatka zaczyna więc zastępować mur – i to, jak przyznaje felietonista, jest rzeczywistym problemem.
Armia oszustów?
Faljaoui apeluje jednak o uczciwe spojrzenie na sprawę. Większość osób wykonujących flexi-joby zarabia w ten sposób bardzo niewiele – średnio 1 900 euro rocznie. Często są to emeryci, którzy chcą zachować kontakt z życiem zawodowym, albo osoby próbujące dopiąć domowy budżet. Nie jest to więc żadna armia oszustów.
Od 1 lipca flexi-joby mogą zostać otwarte na wszystkie sektory. Decyzja nie została jeszcze ostatecznie przegłosowana, ale taki jest zamiar – obejmujący również opiekę zdrowotną. Tymczasem już dziś jeden na pięć flexi-jobów przypada na sektor zdrowia lub edukacji, czyli na obszary, w których już teraz brakuje rąk do pracy. Ryzyko polega na tym, że pielęgniarz zrezygnuje ze stałego półetatu na rzecz lepiej płatnych godzin flexi. W takiej sytuacji system nie tworzy dodatkowego pracownika opieki, lecz jedynie przesuwa tego, który już był.
Prasa nie kłamie, ale opowiada tylko połowę historii – podsumowuje felietonista. Flexi-job nie jest sam w sobie ani dobry, ani zły. Prawdziwe pytanie brzmi: czy to wciąż łatka, czy już cała opona? Łatka ratuje przebitą dętkę w wieczór pełen klientów i bywa bardzo praktyczna. Ale jazda przez cały rok na samych łatkach musi skończyć się awarią. Belgia stworzyła dobry system awaryjny. Problem zaczyna się – albo zacznie – wtedy, gdy będzie się na nim jeździć przez cały rok.