Przed sądem przysięgłych w Antwerpii trwa proces Andrew V., oskarżonego o podpalenie domu, w którym zginęło dwoje jego dzieci – ośmioletni Kyano i czteroletnia Kyara. W poniedziałek przed sądem zeznawała matka dzieci, Stefanie Brems. Przez cały czas trzymała w dłoniach pluszowe maskotki należące do zmarłych pociech. Jej poruszające zeznania musiały zostać przerwane przed południem, gdy kobieta załamała się emocjonalnie i konieczne było wezwanie pogotowia. Do tragedii doszło 18 czerwca 2023 r., gdy oskarżony wrzucił przez okno kostkę do rozpalania ognia.
Przejmujące zeznania matki
Stefanie Brems składała zeznania w otoczeniu rodziny i przyjaciół, nie wypuszczając z rąk dwóch zabawek – pluszowej owieczki należącej do Kyano oraz lalki, z którą najczęściej zasypiała Kyara. Jak wyjaśniła, maskotki zostały odnalezione po pożarze, wyprane i dziś w domu leżą obok urny z prochami dzieci.
Kobieta opisała konsekwencje tragedii, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Od dnia pożaru codzienne czynności, takie jak sprzątanie, robienie zakupów czy podniesienie zgrzewki napojów, stały się dla niej niezwykle trudne. Jak jednak podkreśliła, ból psychiczny jest nieporównywalnie większy. Stara się funkcjonować normalnie, ale w środku jest całkowicie zniszczona. W domu nieustannie się załamuje, wszędzie widzi zdjęcia dzieci, codziennie patrzy na ich urnę i rozmawia z nimi.
Brems mówiła również o przyszłości, której już nigdy nie doświadczy. Kyara chodziłaby dziś do drugiej klasy, czekałaby ją komunia, a ona nie może w tym uczestniczyć. Na zakończenie swojego wystąpienia, szlochając, zadała oskarżonemu jedno pytanie: dlaczego to zrobił.
Dramatyczny przebieg feralnej nocy
Zanim doszło do jej załamania na sali sądowej, Brems zdążyła opisać ostatnie chwile spędzone z dziećmi. Tego wieczoru Kyano i Kyara wrócili radośni od cioci – siostry oskarżonego – u której nocowali. Opowiadali o pływaniu i słodyczach. Po rozmowach telefonicznych matka powiedziała, że pora spać, obiecując, że następnego dnia będą mogli opowiadać dalej. Dzieci poszły na górę, założyły piżamy, wspólnie przeczytali bajkę o tęczowej rybce w pokoju Kyano i oboje zasnęli w jego łóżku.
Brems również wcześnie się położyła, lecz w nocy obudziły ją problemy z oddychaniem. Od razu pomyślała o pożarze. Chwyciła telefon, pobiegła do pokoju dzieci i wyciągnęła je z łóżka, mówiąc, że muszą wyjść na zewnątrz. Przechodząc obok pokoju Kyary, przez zasłonę zobaczyła kolory płomieni.
Wzięła córkę na ręce, syna za rękę i postawiła ich na dole schodów, aby otworzyć drzwi wejściowe. Powiedziała im, żeby chwilę poczekali, że mama zaraz wróci i otworzy drzwi. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Gdy sięgnęła do drzwi, usłyszała potężny huk. Po chwili usłyszała tupot, odwróciła się i zobaczyła, jak dzieci biegną z powrotem na górę.
Brems opowiedziała, że wyszła na chwilę na zewnątrz, by zaczerpnąć powietrza, po czym natychmiast wróciła do środka. Zdołała wejść niemal na samą górę i wołała Kyano oraz Kyarę, lecz nie otrzymała odpowiedzi. Gdy zabrakło jej powietrza, zeszła na dół i wybiegła przed dom, krzycząc o pożarze i próbując wrócić do środka, by dostać się do dzieci.
Historia toksycznego związku
Podczas zeznań Stefanie Brems przedstawiła również historię swojej relacji z oskarżonym. Mówiła spokojnie, rzeczowo i bez widocznej urazy. Opisywała początek związku jako miłość od pierwszego wejrzenia, która z czasem zaczęła się rozpadać. Wielokrotnie podkreślała, że go kochała.
Po stracie córeczki Luny w czasie ciąży w relacji pojawiły się pierwsze poważne pęknięcia. Zdarzały się kłótnie, partner zaczął coraz więcej pić, często znikał z domu na całe weekendy i nie można było się z nim skontaktować. Brems wciąż miała nadzieję na zmianę.
Z czasem pojawiły się narkotyki, zdrady, kłamstwa, a w końcu także przemoc. Sytuacja pogarszała się z dnia na dzień. W 2022 r. kobieta zdecydowała się na rozwód, uznając, że ten stan trwa już zbyt długo. W kolejnych miesiącach doszło do fali gróźb i niepokojących zdarzeń. Kulminacją był 18 czerwca 2023 r., gdy były partner wrzucił przez okno kostkę do rozpalania ognia, doprowadzając do pożaru, w którym zginęło dwoje dzieci.
Rodzina oskarżonego w trudnej sytuacji
Przed sądem zeznawali również członkowie rodziny Andrew V. Przewodniczący składu, prokuratura oraz pełnomocnicy stron podkreślali, jak wyjątkowo trudna jest ich sytuacja.
Siostra oskarżonego, będąca jednocześnie matką chrzestną Kyano i Kyary, mówiła, że jest jej niewyobrażalnie przykro z powodu tego, co się stało, zarówno wobec jednej, jak i drugiej rodziny. Przyznała, że znalezienie się pomiędzy obiema stronami to koszmar. Weekend poprzedzający tragedię dzieci spędziły właśnie u niej. Ze łzami w oczach powiedziała, że był to najpiękniejszy weekend w ich życiu – restauracja, basen do północy, wszystko było dozwolone.
Kobieta stwierdziła, że wydarzenia te naznaczą ją na całe życie. Straciła dwoje dzieci, które były dla niej całym światem. Otwarcie przyznała, że brat nie powinien był tego zrobić i że nigdy nie będzie w stanie mu wybaczyć. Jednocześnie deklarowała, że wierzy mu, gdy mówi, iż nie wiedział, że dzieci są w domu, i że chce dać mu drugą szansę. Podkreśliła jednak, że to, co zrobił, nie znajduje żadnego usprawiedliwienia.
Matka oskarżonego również mówiła o wewnętrznym rozdarciu. Przyznała, że syn potrafił być opryskliwy, ale miał też miękkie serce i bardzo kochał swoje dzieci. Jej zdaniem nigdy nie chciałby ich skrzywdzić, a jednak do tego doszło i musi ponieść konsekwencje. Dodała, że zawsze będzie bardzo smutna – zarówno z powodu syna, jak i z powodu wnuków.
Mimo licznych gróźb, jakie Andrew V. kierował również do niej, nie wierzyła, że naprawdę jest zdolny do takiego czynu. Nadal stoi po jego stronie i twierdzi, że w więzieniu się zmienił oraz że znów jest tym samym człowiekiem co dawniej.
Opinia biegłych psychiatrów
Biegli psychiatrzy, którzy badali oskarżonego, nie podzielają tej oceny. Ich zdaniem Andrew V. uważa, że się zmienił, jednak cechy osobowości nie ulegają tak łatwej transformacji. Eksperci przedstawili niekorzystny obraz oskarżonego, opisując go jako osobę chłodną emocjonalnie, egocentryczną, z ograniczonym poczuciem winy, niewielką skruchą oraz cechami narcystycznymi.
Andrew V. nie zgadza się z tą opinią, lecz nie chce jej szerzej komentować. Ograniczył się do stwierdzenia, że ostatnie dni były dla niego niezwykle ciężkie i jest wyczerpany. Wcześniej, odpowiadając na pytanie matki swoich dzieci, powiedział, że sam nie potrafi tego wyjaśnić, zareagował impulsywnie i nigdy nie chciał, aby sprawy potoczyły się w ten sposób. Przeprosił wszystkich za to, co zrobił.