„Naszych truskawek nie da się sprzedać we Flandrii” – historia rodziny Vrancken, flamandzkich rolników w sercu Walonii
Po drugiej wojnie światowej dziadek Carine Vrancken opuścił Limburgię i osiadł w walońskim regionie Condroz, ale nigdy nie zerwał więzi z północą kraju. Dziś jego wnuczka prowadzi Ferme Vrancken,...
Wizualizacja wygenerowana przez SI. Nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia ani jego uczestników - Aktualnosci.be Po drugiej wojnie światowej dziadek Carine Vrancken opuścił Limburgię i osiadł w walońskim regionie Condroz, ale nigdy nie zerwał więzi z północą kraju. Dziś jego wnuczka prowadzi Ferme Vrancken, gospodarstwo, w którym od trzech pokoleń uprawia się truskawki i wiele innych płodów rolnych. Z flamandzkich korzeni rodzina zachowała przede wszystkim ogromną pracowitość. Mimo to, jak przyznaje rolniczka, swoich truskawek we Flandrii praktycznie nie da się sprzedać.
Spis treści
Niderlandzki ze szkoły
Na tablicy przy dawnej szkole w Ossogne, przekształconej w pensjonat prowadzony obecnie przez Carine Vrancken i jej męża Vincenta, o mało nie znalazł się drobny błąd. Kobieta chciała napisać po niderlandzku: „We heeten jullie welkom in onze boerderij” („Witamy w naszym gospodarstwie”). Na szczęście w porę zauważyła pomyłkę i ją poprawiła.
„Mój niderlandzki nie jest zbyt dobry” – przyznaje z uśmiechem. „Ojciec zawsze mówił do nas po francusku. U nas w domu wszyscy kochali sport, a tata i brat często oglądali piłkę nożną we flamandzkiej telewizji. Przez długie lata w domu czytało się Het Laatste Nieuws, a u ojca do dziś leży Het Belang van Limburg. Ale mój niderlandzki został na poziomie tego, czego nauczyłam się w szkole”.
Brak ziemi w Limburgii
Nie ma się jednak czego wstydzić. Henri Vrancken, ojciec Carine, był jeszcze niemowlęciem, kiedy jego ojciec Johan Vrancken – „tutaj wszyscy mówili na niego Jean” – krótko po 1950 r. wyjechał z Kanne pod Riemst do tej walońskiej wioski. Rodzina już stąd nie wyjechała. To właśnie tutaj Vranckenowie zbudowali swoje gospodarstwo i całe życie.
Skąd ta przeprowadzka? „Dziadek pochodził z dużej rodziny rolniczej. Jego najstarszy brat mógł się kształcić i został lekarzem. Pozostali nie mieli tyle szczęścia, więc ich przyszłością było rolnictwo. Tyle że w Kanne brakowało miejsca: nie dało się każdemu z dzieci dać wystarczająco dużo ziemi. Dziadek wyruszył więc z bratem szukać jej w Walonii. Przez pewien czas wydawało się, że znajdą coś w okolicach Engis, niedaleko Huy. Ostatecznie trafili tutaj. Pewna rodzina, która wyjeżdżała do Konga, sprzedawała cały swój majątek” – opowiada.
Trudno o bardziej belgijską historię. Wystarczy zajrzeć na cmentarz w maleńkim Ossogne. Jean Vrancken i jego żona Jeanne Castermans spoczywają tam we wspólnym grobie, obok Juliena, brata Jeana. Na nagrobku widnieje niderlandzki napis „Aan mijn geliefde ouders” („Moim ukochanym rodzicom”). Na innych płytach można znaleźć kolejne flamandzkie nazwiska: Van Damme, Maes czy Van Landeghem. „Nie byli tu jedyni, o nie” – zauważa rolniczka.
Dziś gospodarstwo działa pod nazwą Ferme Vrancken, a kieruje nim Carine, matka dwojga dzieci w wieku 13 i 11 lat. Kiedy w latach 50. Jean i jego brat Julien rozpoczynali działalność, postawili na krowy mleczne i mięsne – w okolicy typowa jest rasa belgijska biało-błękitna. Zajmowali się również uprawami. Henri i jego brat kontynuowali tę działalność, aż w 1990 r. podzielili gospodarstwo na dwie części. Później, po pełnym wprowadzeniu kwot mlecznych, Henri zrezygnował z hodowli krów mlecznych.
„Szukał dywersyfikacji, wzorując się na Flandrii. Kontakty z wujkami, kuzynami i kuzynkami w Kanne przetrwały, a na wakacje zawsze tam jeździł. Tak wpadł na pomysł uprawy truskawek. Był pierwszy w regionie. W Wépion już je uprawiano, ale tutaj to była zupełna nowość. Wszyscy uważali go za wariata” – wspomina Carine Vrancken.
Po sprzęt do Flandrii
Za wariata – bo walońskie truskawki były nieznane, a przez to również mało cenione. „Nie było wiedzy o uprawie, nie było sprzętu, nic. Po wszystko musiał jeździć do Flandrii. Na szczęście dobrze mówił po niderlandzku, co otwierało mu tam drzwi. Przez bardzo długi czas większość sprzętu wciąż musieliśmy sprowadzać z Flandrii. Sama latami jeździłam do Sint-Truiden po maszyny i środki. Nawet koszyczków do sprzedaży truskawek nie mogłam tu znaleźć. Z czasem się poprawiło. Ale nie zawsze było mi łatwo. Pamiętam, jak kiedyś mieliśmy kupić sadzarkę do pora. Sprzedawca mówił takim dialektem, że brzmiało to jak chiński. Nie rozpoznawałam w tym nawet niderlandzkiego” – śmieje się rolniczka.
Krowy mięsne dawno zniknęły już z gospodarstwa. Ferme Vrancken zajmuje się dziś przede wszystkim uprawami polowymi, m.in. zbóż i ziemniaków. Do tego dochodzą warzywa, takie jak marchew, szparagi, pomidory, buraki ćwikłowe i cykoria, a także wiele owoców: czereśnie, winogrona, maliny, jabłka… i nadal truskawki. „Ale o połowę mniej niż kiedyś” – precyzuje Carine Vrancken. „Były czasy, gdy mieliśmy truskawki od maja do października. Dziś się ograniczamy: maj i czerwiec pod osłonami, a czerwiec w gruncie”.
To świadoma decyzja. Carine Vrancken, która w 2005 r. uzyskała dyplom inżyniera rolnictwa, dołączyła do gospodarstwa w 2009 r., a dwa lata później została wspólniczką swoich rodziców. „Truskawki, a właściwie niemal wszystko, co robimy, wymagają ogromnej ilości pracy ręcznej. Potrzebni są więc pracownicy sezonowi. Kiedyś przyjeżdżali z Rumunii i Polski. Ale po pandemii Polacy już nie wrócili. Dziś pracujemy z Hindusami, ale znalezienie ludzi wciąż jest trudne. Zwłaszcza w Belgii stało się to niemal niemożliwe” – mówi.
Sprzedaż w gospodarstwie z konieczności
Przed domem w Ossogne stoi automat z produktami, a obok działa niewielki sklep ze sprzedażą bezpośrednią. Drugi automat znajduje się przed domem ojca Carine, Henriego, który od przejścia na emeryturę w 2014 r. mieszka nieco dalej, w Havelange. Pozostałe owoce i warzywa z Ferme Vrancken trafiają do lokalnych sklepów.
„W zeszłym tygodniu w programie #Investigation na antenie RTBF porównywano truskawki walońskie i flamandzkie. I co z tego wynikło? Że Flamandowie są znacznie lepiej zorganizowani i dużo bardziej uprzemysłowieni. W Walonii pod tym względem nie ma absolutnie nic. Zaczęliśmy sprzedaż w gospodarstwie, bo w Walonii po prostu nie istnieje giełda owocowo-warzywna” – wyjaśnia Carine Vrancken.
Reportaż #Investigation pokazał również inną różnicę – dotyczącą smaku. „To logiczne” – mówi z uśmiechem rolniczka. „Truskawki z gruntu, takie jak nasze, mają oczywiście więcej smaku niż owoce z wielkoprzemysłowych upraw. We flamandzkich truskawkach wykryto też więcej pozostałości środków ochrony roślin niż w walońskich. Uwaga: truskawki z północy kraju mieszczą się wyraźnie w normach, więc nie ma tu żadnych kontrowersji. Ale różnice istnieją”.
Za drogie dla Flamandów
Czy giełda ułatwiłaby pracę? Tak. „Ale zarabialibyśmy mniej” – przyznaje szczerze. „Sami musimy bardziej walczyć o klientów. A amatorszczyzna w Walonii jest jeszcze większa. Ziemia we Flandrii jest łatwiejsza w uprawie niż w Walonii. U nas, przez pogodę, sezon zaczyna się nieco później. Ta ciężka praca oraz to, że korzystamy też z renomy truskawek z Wépion, które zresztą nie zawsze są już uprawiane w gruncie, uzasadniają naszą cenę. Dziś bierzemy 5,50 euro za koszyczek. W walońskich sklepach, gdzie sprzedaje się też truskawki flamandzkie, klienci i tak wybierają nasze. Ale we Flandrii nie ma nawet co próbować. Nic byśmy tam nie sprzedali. Nasza cena nie jest konkurencyjna i nie wiem, czy zostałoby to docenione. Poza tym nie ma niczego, co mamy w Walonii, a czego nie mieliby we Flandrii” – śmieje się. „Może poza choinkami z Ardenów”.
Szczęśliwa, że jest Walonką
Jej zdaniem wszystko sprowadza się więc przede wszystkim do ceny. Zna stereotypy i sama przyznaje, że po drugiej stronie granicy językowej poziom profesjonalizmu jest wyższy. „Są bardziej ambitni i mają inną mentalność. We flamandzkich wioskach wszystkie domy i ogródki wyglądają na bardziej zadbane. Nie mówię, że tutaj nigdzie tak nie jest, ale jednak. Dawną szkołę, w której mój ojciec i jego rodzeństwo uczyli się wszyscy razem w jednej klasie, kupiliśmy i przerobiliśmy na pensjonat. 90 procent naszych gości to Flamandowie i ten kontakt uważam za fantastyczny. Nigdy nie ma żadnych problemów. Różnice są naprawdę dużo mniejsze, niż chcą nam wmówić politycy” – podkreśla.
„Ale kiedy jedziemy na flamandzkie wybrzeże, czasem zauważam, że Walonów nie zawsze przyjmuje się tam serdecznie. Przyznaję, że bardzo słabo mówię po niderlandzku. Niektórzy w gastronomii, słysząc, że jesteśmy francuskojęzyczni, nadal odmawiają mówienia po francusku. Także dlatego coraz częściej jeździmy na wybrzeże francuskie” – dodaje.
Czy jej życie wyglądałoby inaczej, gdyby na początku lat 50. dziadek Jean pozostał w Limburgii? Z pewnością. Czy tego żałuje? „Ani trochę” – odpowiada. „Jestem szczęśliwa, że jestem Walonką, szczęśliwa, że jestem Belgijką, i szczęśliwa z moich flamandzkich korzeni. Może coś z tego zachowałam w mentalności. Zresztą ilu mieszkańców Belgii nie ma mieszanego pochodzenia? Moja mama pochodziła z Brukseli. Nazywa się Deronde, a jej matka nazywała się Depraet. Mój mąż nazywa się Peeters. Proszę mi wierzyć: nawet ci, którzy tak lubią podkreślać różnice, często sami są mieszanką”.