Składane smartfony wciąż niszą – ale to na nich producenci opierają nadzieje, a Apple ma dołączyć do gry
Siedem lat po premierze pierwszego Galaxy Folda firmy Samsung smartfony ze składanym ekranem wciąż pozostają produktem dla stosunkowo wąskiego grona odbiorców. Ich rzeczywisty udział w sprzedaży nie...
Wizualizacja wygenerowana przez SI. Nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia ani jego uczestników - Aktualnosci.be Siedem lat po premierze pierwszego Galaxy Folda firmy Samsung smartfony ze składanym ekranem wciąż pozostają produktem dla stosunkowo wąskiego grona odbiorców. Ich rzeczywisty udział w sprzedaży nie oddaje jednak znaczenia, jakie zyskały dla producentów. W czasie gdy światowy rynek smartfonów przechodzi kolejne turbulencje, składane modele są jedną z niewielu kategorii, w których firmy mogą nadal liczyć na wzrost sprzedaży, a przede wszystkim na wyższe ceny urządzeń. Oczekiwane wejście Apple do tego segmentu może nadać mu zupełnie nowy wymiar.
Spis treści
Kropla w morzu, ale rosnąca
Według firmy analitycznej IDC w tym roku sprzedanych zostanie około 22,9 miliona składanych smartfonów, co oznacza wzrost o 12,6 procent. Ośrodki Omdia i Counterpoint są jeszcze bardziej optymistyczne i prognozują wzrost przekraczający 20 procent.
W skali całego rynku to jednak nadal niewiele. Składane modele mają odpowiadać zaledwie za 2,2 procent smartfonów sprzedanych w 2026 r. Nawet w perspektywie 2030 r. prognozy branżowe nie przewidują, by ich udział przekroczył 3 procent rynku.
Mimo niewielkiego udziału jest to wyjątkowo interesująca nisza.
To jeden z nielicznych segmentów rynku smartfonów, który wciąż notuje wzrost – podkreśla Nicolas Van Zeebroeck, profesor ekonomii cyfrowej w Solvay Brussels School.
Mowa przy tym o segmencie premium, w którym producenci mogą ustalać wysokie ceny i liczyć na większe marże.
Kontrast z pozostałą częścią rynku jest wyraźny. IDC przewiduje w tym roku spadek światowych dostaw smartfonów o 16,7 procent. Jednocześnie napięcia na rynku podzespołów powodują wzrost cen. Dla producentów coraz ważniejsze staje się więc osiąganie większych przychodów z każdego sprzedanego urządzenia.
Gdy lepszy aparat już nie wystarcza
Rosnące znaczenie składanych modeli pokazuje przede wszystkim, jak dojrzałym produktem stał się smartfon. Przez lata każda kolejna generacja mogła oferować wyraźnie wydajniejszy procesor, lepszy aparat fotograficzny albo więcej pamięci. Postęp technologiczny nadal trwa, ale dla przeciętnego użytkownika jego efekty są coraz mniej odczuwalne.
Jak ocenia Nicolas Van Zeebroeck, na dojrzałym rynku kolejne ulepszenia aparatu czy zwiększanie pamięci nie zawsze wystarczają już, by przekonać konsumenta do wymiany telefonu. Aby ponownie wyraźnie odróżnić nowe urządzenia od poprzednich, producenci wracają więc do znacznie bardziej podstawowej cechy – samego kształtu smartfona.
Składana konstrukcja pozwala między innymi zaoferować znacznie większy ekran w urządzeniu, które po złożeniu nadal mieści się w kieszeni. Nowe modele o szerszym formacie dodatkowo wzmacniają ten kierunek. Jednocześnie w pierwszym półroczu dostawy składanych telefonów z klapką spadły o 47 procent. Zmiana ta wpisuje się także w szerszy trend „premiumizacji” rynku, którego dotychczasowa dynamika zaczyna słabnąć.
Apple wchodzi późno, ale może na tym skorzystać
Samsung eksperymentuje ze składanymi ekranami od 2019 r. Wkrótce w jego ślady poszedł Huawei, a następnie Motorola, Oppo i kolejni producenci. Apple przez ten czas obserwowało, jak konkurenci zmagają się z problemami pierwszych generacji urządzeń. Ta ostrożność może dziś działać na korzyść firmy. Pierwsze składane smartfony miały bowiem wyraźne wady: bardzo grube obudowy, delikatne zawiasy, widoczne zagięcie na środku ekranu oraz problemy i wątpliwości dotyczące trwałości. Siedem lat rozwijania kolejnych generacji pozwoliło znacząco dopracować tę konstrukcję.
Apple korzysta więc z przewagi tzw. late movera, czyli firmy wchodzącej do danego segmentu stosunkowo późno.
Grupa mogła obserwować doświadczenia konkurentów i uczyć się na ich błędach, zanim weszła na rynek już w dużej mierze przetarty technologicznie – wyjaśnia Nicolas Van Zeebroeck.
Taki scenariusz nie byłby dla Apple niczym nowym. Firma nie wynalazła ani odtwarzacza MP3, ani inteligentnego zegarka. Jej siłą wielokrotnie okazywało się wejście do już istniejącej kategorii z produktem na tyle dopracowanym, by zainteresować nim znacznie szersze grono odbiorców.
Ryzyko wydaje się więc mniejsze niż w przypadku takiego produktu jak gogle Vision Pro. Rynek składanych smartfonów już istnieje, a wykorzystywane technologie zostały sprawdzone w praktyce. Głównym zagrożeniem byłoby raczej wprowadzenie urządzenia, które nie spełni standardów jakości kojarzonych przez klientów z iPhone’em.
Brakuje powodu, by składać telefon
Pozostaje jednak podstawowa słabość całej kategorii. Po siedmiu latach składany smartfon nadal nie udowodnił, że odpowiada na potrzebę konsumentów na tyle istotną, by uzasadnić wysoką cenę. W jednym z ostatnich badań IDC wskazuje trzy główne bariery: koszt urządzeń, obawy dotyczące ich trwałości oraz brak konkretnego zastosowania, które sprawiałoby, że składany telefon staje się w oczach użytkownika rzeczywiście potrzebny.
Średnia cena składanego modelu jest dziś ponad trzykrotnie wyższa niż cena klasycznego smartfona. Apple raczej nie przyczyni się więc do szybkiego upowszechnienia tej kategorii – mówi się bowiem o cenie wyjściowej w okolicach 2 500 dolarów.
Najważniejszym wyzwaniem będzie zatem pokazanie, że większy ekran pozwala użytkownikowi robić rzeczy, które wcześniej były niewygodne albo niemożliwe. To właśnie tutaj znaczenie może mieć ekosystem Apple. Według pojawiających się informacji firma miała zdecydować się na format, który po rozłożeniu będzie bardziej przypominał niewielkiego iPada niż po prostu powiększony smartfon. Ekran ma mieć proporcje 4:3, podobnie jak tablet tej firmy, oraz przekątną zbliżoną do iPada mini.
Takie rozwiązanie pozwoliłoby Apple wykorzystać zastosowania i doświadczenia rozwijane już na tabletach: wyświetlanie kilku aplikacji jednocześnie, wygodniejszą pracę nad dokumentami oraz oglądanie i edytowanie treści na większym ekranie.
Składany iPhone mógłby stać się w większym stopniu narzędziem pracy i przejąć część zastosowań zarezerwowanych dziś dla iPada, a nawet dla Maca – ocenia Nicolas Van Zeebroeck.
Stawką nie byłoby więc jedynie zaoferowanie telefonu, który można złożyć, lecz połączenie w jednym urządzeniu codziennego korzystania z iPhone’a oraz – po jego rozłożeniu – doświadczenia zbliżonego do pracy na niewielkim iPadzie. Taka strategia wiąże się oczywiście z ryzykiem przejęcia części sprzedaży iPada mini.
Prawdziwy „efekt Apple” może być gdzie indziej
Wejście Apple na rynek nie oznacza, że składane smartfony nagle staną się nowym standardem. Prognozy skłaniają raczej do ostrożności. Według Omdii nawet przy około 45 milionach urządzeń spodziewanych w 2030 r. składane modele nadal będą stanowiły jedynie niewielką część światowego rynku.
Wpływ Apple może mieć przede wszystkim wymiar psychologiczny.
Ich wejście uprawomocniłoby tę kategorię – ocenia Nicolas Van Zeebroeck.
Dla konsumentów, którzy nadal postrzegają składane modele jako eksperymentalny gadżet, przyjęcie takiego formatu przez Apple mogłoby być sygnałem, że technologia jest już wystarczająco dojrzała, aby stać się produktem masowym, przynajmniej w wyższym segmencie cenowym.
Analitycy przewidują już możliwe przetasowanie układu sił. Counterpoint szacuje, że Apple mogłoby przejąć 25 procent rynku składanych smartfonów już w tym roku. Firma miała również poprosić swoich dostawców o przygotowanie ponad 10 milionów urządzeń na pierwszych dwanaście miesięcy sprzedaży.
Na tym ostatecznie polega paradoks całej kategorii. Składany smartfon może pozostać niszą, a jednocześnie stać się jednym z centralnych elementów strategii największych producentów. Stawką nie musi już być bowiem sprzedaż coraz większej liczby telefonów. Na dojrzałym rynku równie ważne staje się znalezienie nowych powodów, dla których konsumenci będą gotowi zapłacić znacznie więcej za urządzenia, które i tak zamierzają kupić. W tej rozgrywce wejście Apple może mieć znacznie większe znaczenie niż sam wolumen jego sprzedaży.