Drony coraz większym zagrożeniem dla dziennikarzy wojennych – w Liège szkolą reporterów do nowych realiów frontu
Drony stały się jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla dziennikarzy pracujących w strefach konfliktów zbrojnych. Maszyny nie odróżniają cywilów od żołnierzy, a kamizelki z napisem „Press” przestają...
Wizualizacja SI - Aktualnosci.be Drony stały się jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla dziennikarzy pracujących w strefach konfliktów zbrojnych. Maszyny nie odróżniają cywilów od żołnierzy, a kamizelki z napisem „Press” przestają zapewniać jakąkolwiek ochronę – nawet daleko od linii frontu. W odpowiedzi na zmieniające się realia belgijska organizacja Bluespear prowadzi w prowincji Liège specjalistyczne szkolenia HEAT (Hostile Environment Awareness Training), przygotowujące reporterów i pracowników humanitarnych do pracy w warunkach zagrożenia ze strony dronów. Uczestnicy uczą się między innymi rozpoznawania charakterystycznego dźwięku maszyn oraz reagowania w pierwszych sekundach po ich wykryciu. Potrzebę takich szkoleń dostrzega także Flamandzkie Stowarzyszenie Dziennikarzy (Vlaamse Vereniging van Journalisten, VVJ), które zwraca jednak uwagę na wysokie koszty udziału w tego typu programach.
Spis treści
Wojna zmieniła zasady bezpieczeństwa reporterów
Reporter Arnaud De Decker opisuje swoje doświadczenia z północnej Ukrainy, gdzie opuszczając punkt stabilizacji medycznej oddalony o około 10 kilometrów od frontu, otrzymywał od fixera instrukcje dotyczące zachowania w razie pojawienia się drona. Mimo mrozu okna samochodu pozostawały otwarte, by łatwiej usłyszeć nadlatujące maszyny. Inny dziennikarz był zaskoczony, że De Decker porusza się bez detektora dronów – urządzenia, które dla wielu reporterów pracujących w Ukrainie stało się już podstawowym wyposażeniem.
Detektor nie daje ochrony przed atakiem, ale pozwala zyskać kilka cennych sekund na reakcję. Jak tłumaczył fixer, najlepszym rozwiązaniem pozostaje wtedy szybka ucieczka i nadzieja, że operator wybierze inny cel.
3 października ubiegłego roku w obwodzie donieckim, około 20 kilometrów od linii frontu, zginął francuski fotoreporter Antoni Lallican. 37-letni dziennikarz został zaatakowany przez rosyjskiego drona FPV (first person view). Towarzyszący mu ukraiński reporter Georgiy Ivanchenko został ciężko ranny i stracił nogę. Obaj mieli na sobie wyraźnie oznaczone kamizelki prasowe.
Dwa lata wcześniej, 9 maja 2023 r., w Donbasie zginął także Arman Soldin, 32-letni reporter AFP. Został śmiertelnie trafiony odłamkiem po uderzeniu rakiety w pobliżu Czasiwa Jaru. Koledzy znajdujący się obok przeżyli, jednak on zmarł kilka minut później.
Drony całkowicie zmieniają pracę reporterów wojennych
Zdaniem autorów reportażu różnica między śmiercią Soldina a Lallicana pokazuje głęboką zmianę charakteru współczesnej wojny. Rakieta uderza przypadkowo, natomiast dron FPV wybiera konkretny cel – jest wyposażony w kamerę, a jego operator obserwuje wszystko na ekranie.
Jeszcze kilka lat temu reporterzy mogli zbliżać się do pozycji rosyjskich nawet na kilkaset metrów, aby dokumentować walki. Obecnie pozostają widoczni dla dronów także daleko za linią frontu. Maszyny nie rozróżniają pojazdów wojskowych od samochodów dziennikarzy.
Problem nie dotyczy wyłącznie Ukrainy. Armie oraz ugrupowania zbrojne na całym świecie obserwują doświadczenia tej wojny i wykorzystują podobne rozwiązania w innych konfliktach – między innymi w Libanie, Sudanie czy regionie Sahelu. Drony są stosunkowo tanie, precyzyjne i trudne do wykrycia. Coraz częściej zagrożeni są nie tylko żołnierze, ale także dziennikarze, pracownicy organizacji humanitarnych i przedstawiciele NGO.
Intensywne szkolenia HEAT w prowincji Liège
W lasach prowincji Liège organizacja Bluespear prowadzi kilkudniowe szkolenia HEAT dla dziennikarzy, fotografów i pracowników humanitarnych. Program trwa cztery dni i trzy noce. Uczestnicy uczą się nie tylko udzielania pierwszej pomocy czy reagowania pod ostrzałem, ale także rozpoznawania dźwięku dronów FPV oraz właściwego zachowania po ich wykryciu.
Pomysłodawcą projektu jest Omer Tosun – były policjant mający 15-letnie doświadczenie pracy w strefach wysokiego ryzyka, między innymi w Libanie, na Bałkanach i w państwach afrykańskich. Jak wspomina, przełomowym momentem był dla niego pobyt w Mali w 2021 r., kiedy znalazł się w samym środku zamachu stanu. Wtedy zrozumiał, jak niewielka granica dzieli przygotowanie od chaosu i postanowił zacząć przekazywać swoje doświadczenie innym.
Bluespear powstał w 2022 r. Początkowo szkolenia koncentrowały się na klasycznych zagrożeniach, takich jak punkty kontrolne, porwania czy pierwsza pomoc pod ostrzałem. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę program szybko musiał zostać dostosowany do nowej rzeczywistości.
Do współpracy Tosun zaprosił osoby posiadające doświadczenie zdobyte bezpośrednio na froncie, między innymi korespondentkę wojenną Joanie de Rijke z „De Morgen”. Dziennikarka obserwowała w Ukrainie, jak drony zmieniają rytm pracy reporterów – wymuszają szybsze przemieszczanie się, skracają czas przebywania w jednym miejscu i wymagają ciągłego nasłuchiwania tego, co dzieje się nad głową.
De Rijke sama wielokrotnie znajdowała się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. W 2008 r. została porwana przez talibów w Afganistanie. Osiem lat później w libijskiej Syrcie była obok fotografa Jeroena Oerlemansa, który zginął od strzału snajpera Państwa Islamskiego. Jak podkreśla, sama teoria nie wystarcza – w sytuacji ekstremalnego stresu organizm reaguje zupełnie inaczej, dlatego potrzebne są regularne ćwiczenia.
Symulacje wojenne i problem wysokich kosztów
Podczas szkolenia uczestnicy trafiają do realistycznego scenariusza wojennego. Dwie uzbrojone milicje walczą o kontrolę nad zalesionym terenem, a dziennikarze oraz pracownicy humanitarni muszą przechodzić przez punkty kontrolne, organizować ewakuację rannych i reagować na ostrzał. Zmęczenie i presja mają nauczyć uczestników działania instynktownego w sytuacjach zagrożenia.
Kulminacją ćwiczeń jest moment, gdy nad lasem rozlega się charakterystyczne buczenie drona. Część uczestników natychmiast szuka schronienia, inni reagują o ułamek sekundy za późno. W realiach wojny taka chwila może decydować o życiu lub śmierci.
Jak zauważa Tosun, dawniej reporterzy byli szkoleni głównie pod kątem ostrzału artyleryjskiego czy zasadzek. Dziś muszą mieć świadomość, że mogą być obserwowani z odległości wielu kilometrów przez operatora drona wyposażonego w kamerę.
Około jednej trzeciej uczestników stanowią osoby z państw bałtyckich związane ze służbami publicznymi, organizacjami kryzysowymi i NGO. Dla nich wojna w Ukrainie nie jest odległym konfliktem, lecz możliwym scenariuszem dla własnego regionu.
Rosnące znaczenie takich szkoleń dostrzega także Flamandzkie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Sekretarz generalna VVJ Charlotte Michils zwraca jednak uwagę, że dla wielu freelancerów koszty uczestnictwa pozostają bardzo wysokie. Organizacja stara się kierować reporterów do sprawdzonych partnerów działających w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie, ale ostatecznie wiele zależy od możliwości samych dziennikarzy oraz wsparcia ze strony redakcji.
Reportaż kończy się symboliczną sceną – autor otrzymuje powiadomienie, że zamówiony detektor dronów dotarł już do Kijowa. W kolejnym tygodniu ponownie wyjeżdża na front.