Czy ruch Żółtych Kamizelek umarł? Ceny paliw rosną, ale ulice pozostają puste
W 2018 r. niewielki wzrost ceny paliwa powyżej 1,40 euro za litr wystarczył, by we Francji, a następnie także w Belgii, wywołać falę masowych protestów. Ruch Żółtych Kamizelek zajmował ronda,...
"Opération Gilets jaunes." by Décar - Street photography is licensed under CC BY-ND 2.0 W 2018 r. niewielki wzrost ceny paliwa powyżej 1,40 euro za litr wystarczył, by we Francji, a następnie także w Belgii, wywołać falę masowych protestów. Ruch Żółtych Kamizelek zajmował ronda, blokował składy paliw i zaskoczył skalą spontanicznej mobilizacji. Dziś ceny paliw ponownie rosną w związku z napięciami międzynarodowymi, presja na budżety gospodarstw domowych jest bardzo duża – jednak na ulicach nie widać podobnych demonstracji. Niezadowolenie społeczne nie zniknęło, ale przybiera inne formy niż osiem lat temu.
Spis treści
Symboliczny protest przed siedzibą Vooruit
W poniedziałek niewielka grupa uczestników ruchu Żółtych Kamizelek zebrała się przed siedzibą partii Vooruit w Brukseli. Protestujący wezwali ugrupowanie do doprowadzenia do upadku rządu federalnego, zarzucając mu odejście od lewicowych wartości. Akcja była jednak ograniczona skalą i nie przyciągnęła większego zainteresowania opinii publicznej, mimo że relacjonowano ją w mediach społecznościowych.
Pandemia zatrzymała dynamikę ruchu
Jak przyznają byli uczestnicy, pandemia Covid-19 praktycznie zatrzymała rozwój ruchu i nie udało się już odzyskać wcześniejszej dynamiki. Podejmowano próby ponownej mobilizacji – między innymi w czasie kryzysu gospodarczego w 2022 r. – jednak żadna z nich nie osiągnęła skali protestów z 2018 r.
Niezadowolenie społeczne nadal jest obecne, ale coraz częściej wyraża się w sposób mniej widoczny. W internecie pojawiają się apele o bojkot stacji benzynowych, ograniczanie wydatków czy odmowę płacenia części należności. To forma sprzeciwu bardziej rozproszona i mniej spektakularna niż uliczne demonstracje, ale nadal obecna w nastrojach społecznych.
Strach i stygmatyzacja utrudniają mobilizację
Belinda, jedna z dawnych uczestniczek ruchu, współorganizuje zgromadzenie planowane na 4 kwietnia w Liège. Przyznaje, że frustracja społeczna rośnie, ale jednocześnie mobilizacja jest dziś znacznie trudniejsza niż kilka lat temu.
Jednym z głównych powodów jest strach. Wielu uczestników wcześniejszych protestów miało później problemy zawodowe lub prawne, co skutecznie zniechęciło innych do angażowania się w podobne działania. Zmieniła się również atmosfera społeczna – pandemia osłabiła poczucie wspólnoty i pogłębiła podziały. Dodatkowo wizerunek protestujących uległ pogorszeniu. Jak podkreśla Belinda, są oni często przedstawiani jako osoby leniwe lub marginalizowane, co sprawia, że część potencjalnych uczestników nie decyduje się na udział w demonstracjach.
Klasa średnia pod rosnącą presją
Do czynników psychologicznych dochodzi trudna sytuacja ekonomiczna. Już w 2018 r. to klasa średnia sygnalizowała narastające problemy – dziś presja finansowa jest jeszcze większa. Rosnące koszty paliwa, energii i żywności sprawiają, że wiele osób funkcjonuje na granicy swoich możliwości finansowych.
Część mieszkańców Belgii podejmuje dodatkową pracę nie z wyboru, lecz z konieczności. Inni dokładnie liczą wydatki i zastanawiają się, czy codzienne dojazdy do pracy wciąż są opłacalne. Pojawiają się również pomysły na bardziej dyskretne formy sprzeciwu, takie jak ograniczenie konsumpcji czy zmniejszenie wydatków obciążonych podatkami. Jak zauważa Belinda, inicjatywy te istnieją, ale ich skuteczność zależy od skali zaangażowania. Na razie niezadowolenie pozostaje w dużej mierze powściągane – pozostaje pytanie, jak długo ten stan się utrzyma.