Trzydzieści lat po Białym Marszu Paul Marchal wydaje wspomnienia – „An ma nowy grób, w którym spoczniemy także my”
An i Eefje zostały zamordowane przez Marca Dutroux. Trzydzieści lat temu ulicami Brukseli przeszło morze ubranych na biało ludzi, którzy chcieli upamiętnić dzieci zamordowane i wykorzystane...
Wizualizacja wygenerowana przez SI. Nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia ani jego uczestników - Aktualnosci.be An i Eefje zostały zamordowane przez Marca Dutroux. Trzydzieści lat temu ulicami Brukseli przeszło morze ubranych na biało ludzi, którzy chcieli upamiętnić dzieci zamordowane i wykorzystane seksualnie. Biały Marsz uznawany jest za punkt zwrotny w historii Belgii. „Ale dla mnie punktem zwrotnym był dzień, w którym zaginęła An” – mówi jej ojciec, Paul Marchal. Teraz opisał tę historię w książce.
Spis treści
W domu Marchalów to on zawsze kładzie się spać jako ostatni. Zanim zaśnie, pisze jeszcze w dzienniku. Przez lata notował wielkie wydarzenia i drobne sprawy z codziennego życia nauczyciela i młodego ojca. Wszystko zmieniło się 23 sierpnia 1995 r. „W dniu, w którym zaginęło moje dziecko” – mówi 73-letni Paul Marchal z Hasselt. Przed 30. rocznicą Białego Marszu wraca do tamtych wydarzeń, opierając się na stronach swojego dziennika.
Książka dla trzech pokoleń
Jak wyjaśnia, postanowił napisać książkę, ponieważ czuł, że ta historia nie została jeszcze w pełni opowiedziana ani zamknięta. Znaczenie miał również jego wiek. „Bliscy zwracali mi uwagę, że nie robię się coraz młodszy” – przyznaje ze śmiechem. „To, co się wtedy wydarzyło, musi pozostać żywą historią. Nigdy nie wolno o tym zapomnieć”.
Marchal podkreśla, że kieruje książkę do trzech pokoleń. Swojemu chce przekazać to, czego dotąd nie opowiedział z własnej perspektywy. Zwraca się też do ludzi, którzy być może nie przeżywali tamtych wydarzeń w pełni świadomie, ale odczuwali ich skutki na co dzień. Ich rodzice stali się bardzo nadopiekuńczy, a oni sami mogli mieć znacznie mniej swobody. Autor chce pokazać im, jak do tego doszło i w jakiej atmosferze dorastali. Wreszcie pisze dla dzisiejszej młodzieży, by nadal zabiegała o lepszy świat.
Pisanie jako terapia
W książce obecne uczucia autora przeplatają się z fragmentami dzienników z tamtych lat. Marchal mówi, że regularnie wraca do swoich zapisków, a samo pisanie jest dla niego formą terapii. „Niektórzy znajdują ją w tańcu, w wierszach… Ja w moich dziennikach” – wyjaśnia.
„Ludzie czasem pytają, jak możemy dalej żyć, jak przetrwaliśmy. Bo trzeba. Bo mamy jeszcze troje dzieci. Bo An by tego chciała. Ale zapomnieć nie można nigdy, to jest z nami każdego dnia. Dlatego piszę” – mówi.
Przyznaje jednak, że powrót do dawnych zapisków nie był łatwy. „Często pisałem tę książkę ze łzami w oczach” – mówi.
Kwiaty z Białego Marszu
Wspomnienia ukazują się w przededniu rocznicy Białego Marszu, który odbył się 30 lat temu, 20 października. Marchal nie ma wątpliwości, że był to bardzo ważny dzień dla kraju. Dla niego samego punktem zwrotnym był jednak dzień zaginięcia An i Eefje. To wtedy wszystko się zaczęło. Jak tłumaczy, właśnie to wydarzenie zapoczątkowało kolejne przełomy, wśród nich Biały Marsz.
„Tego dnia dostałem od ludzi po drodze tak wiele kwiatów, że bolały mnie ręce. Ktoś chciał je ode mnie wziąć – okazało się, że był to ochroniarz w cywilu. Ale nie chciałem ich oddać, czułem się tak, jakbym niósł An” – wspomina.
Dzień po Białym Marszu Marchal pojechał prosto na cmentarz, by położyć kwiaty na grobie córki. Znalazł tam zapisaną serwetkę w plastikowej koszulce. Napisano na niej: „An, cicho spałaś tutaj, gdy ziemia nad tobą drżała od Białego Marszu narodu belgijskiego. Zrobiliśmy to dla ciebie! A twój tata znów naprawdę się uśmiechał. I przez chwilę wyglądał o 20 lat młodziej. Jego oczy błyszczały figlarnie, bo wszystko stanęło na głowie. Ciesz się trochę razem z nami. Proszę, obiecaj nam. To było dla ciebie, Julie i Mélissy, i Eefje, i Sabine, i Laetitii”.
„To mnie bardzo poruszyło. Do dziś nie wiem, kto ją tam zostawił. Ale zachowam tę serwetkę na zawsze” – mówi Marchal.
Nowy grób An
An nie spoczywa już w tym samym miejscu. Rodzina zdecydowała się na ekshumację, ponieważ nie chciała dopuścić do likwidacji grobu po wygaśnięciu koncesji. „Ale także dlatego, że Betty i ja chcemy zostać pochowani razem z nią. Kiedyś wszyscy troje będziemy na jej nagrobku” – wyjaśnia Marchal.
Nazwiska sprawców – Marca Dutroux, Michèle Martin i Michela Lelièvre’a – autor celowo zapisuje w książce małą literą. „Bo na nic więcej nie zasługują” – tłumaczy.
Krytyka i wsparcie
Marchal stara się również wyjaśnić, dlaczego niektórzy postrzegali go jako trudnego człowieka. Przyznaje, że spadło na niego sporo błota, zarówno ze strony instytucji, wymiaru sprawiedliwości i policji, jak i części obywateli. Zawsze jednak odróżniał krytykę płynącą z tych dwóch stron.
Uważa, że przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości atakowali go, by chronić siebie i usprawiedliwiać własne działania, ponieważ odważył się powiedzieć, że popełniono błędy. „Zamiast to przyznać, przeszli do ataku na mnie. Wciąż jestem dumny z tego, że miałem rację” – mówi. Inaczej odbierał krytyczne reakcje części opinii publicznej, które go raniły. Niektórzy zarzucali mu, że jest zbyt widoczny i za bardzo szuka uwagi. „Wtedy myślałem: co sam byś zrobił, gdyby zaginęło twoje dziecko? Czy nie próbowałbyś wszystkiego, nie pojawiał się wszędzie i nie szukał?” – pyta.
Podkreśla jednak, że rodzina otrzymywała również bardzo wiele pozytywnych reakcji. Każdego dnia przychodziło mnóstwo listów. Do dziś Marchalowie regularnie dostają kartki ze słowami wsparcia.
„Policja na wybrzeżu nigdy nie traktowała zaginięcia poważnie”
W książce „Als je kind op een dag verdwijnt” („Gdy pewnego dnia znika twoje dziecko”) Marchal nie oszczędza niektórych osób, między innymi sędziego śledczego Langlois oraz komisarza z Brugii, który chciał ogłosić śmierć An. „W książce jestem bardzo szczery. Mówię to, co myślę. Do dziś jestem przekonany, że wielu rzeczy nie wolno nam wiedzieć. Do śmierci będę walczył, by to wyszło na jaw” – deklaruje.
Według Marchala policja na wybrzeżu nigdy nie potraktowała zaginięcia poważnie. Gdy przyjaciele An i Eefje przyszli je zgłosić, zostali wyśmiani. Uznano, że dziewczyny zapewne przebywają u jakiegoś chłopaka. Komisarz z Brugii sprzeciwiał się także przygotowaniu plakatów ze zdjęciami zaginionych. Przekonywał, że po powrocie miałyby Marchalowi za złe rozwieszenie ich wizerunków. „Nigdy nie otrzymaliśmy od niego żadnej pomocy. Ale to właśnie on chciał w moim ogrodzie poinformować prasę, że znaleziono ciało An. Odmówiłem, chciałem to zrobić sam. Tak obiecałem. Bo media przez wszystkie te miesiące poszukiwań były naszym sprzymierzeńcem” – mówi.
Nadzieja do ostatniej chwili
Do końca Marchal wierzył, że szuka żywych dziewcząt, zwłaszcza po odnalezieniu żywych Laetitii i Sabine. Informację o odkryciu zwłok, których nie można było rozpoznać, otrzymał w Paryżu, kiedy pił kawę w pobliżu katedry Notre-Dame. Zadzwonił jeden ze śledczych. Rodzice przebywali we Francji, ponieważ poprzedniego wieczoru zaapelowali o pomoc w programie poszukiwawczym Perdu de Vue we francuskiej telewizji. Nadal szukali dziewcząt i brali pod uwagę, że mogły zostać wywiezione do Francji.
Wracali pierwszym pociągiem dużych prędkości. Podczas podróży konduktor uprzedził ich jednak, że na dworcu Bruksela Południowa czeka wielu dziennikarzy. Pociąg wyjątkowo zatrzymał się w Halle, aby mogli wysiąść dyskretnie. Marchal przyznaje, że dopiero później uświadomił sobie, jak niezwykłe było zatrzymanie TGV specjalnie dla nich. Odebrał ich major żandarmerii i zawiózł do Hasselt. Miał wykształcenie psychologiczne, a jego obecność była dla rodziców dużym wsparciem podczas drogi. Powiedział im, że w Jumet znaleziono Eefje oraz inne ludzkie szczątki. „Betty czuła, że to An. Ja nie. Chyba dlatego, że nie chciałem w to uwierzyć” – wspomina Marchal.
Dossier Bis
Autor opisuje wiele przełomowych wydarzeń i inicjatyw: Biały Marsz, Dom An, komisję śledczą, organizację Child Focus oraz proces przed sądem przysięgłych. Wraca też do tak zwanego Dossier Bis. Nadal jest przekonany, że wiele spraw wciąż jest zamiatanych pod dywan.
„U Dutroux znaleziono ponad sześć tysięcy śladów DNA, a w piwnicy dwadzieścia nieznanych profili DNA. W jednym ze śladów na ścianie piwnicy DNA Julie Lejeune było nawet zmieszane z DNA nieznanej osoby. Kto to był? Dutroux był bezrobotny, ale miał siedem domów, samochody, ciężarówkę, koparkę… Skąd miał na to pieniądze?” – pyta.
Dodaje, że kiedy mówił o sieciach, część osób wyśmiewała go jako zwolennika teorii spiskowych. „Ale one istnieją, wystarczy spojrzeć na Epsteina” – podkreśla.
Marchal wspomina również, że An widziała kiedyś plakaty ze zdjęciami Julie i Mélissy. Wisiały w supermarkecie w Hasselt, do którego poszła z matką. „To musi być straszne dla rodziców” – powiedziała wówczas. Kilka miesięcy później znalazła się w tym samym domu co te małe dziewczynki. An i Eefje były przykute łańcuchami na górze, a Julie i Mélissa przetrzymywane w piwnicy.
Wstrzymany zasiłek rodzinny
Ojciec An opisuje też bolesną historię zasiłku rodzinnego. Kilka tygodni po zaginięciu córki wstrzymano wypłatę świadczenia, ponieważ jej już nie było. „To było jak policzek. Oczywiście nie chodziło o pieniądze, tylko o to, że nagle zaczęto zachowywać się tak, jakby odeszła na zawsze, podczas gdy my wciąż szukaliśmy zaginionych dziewcząt” – mówi. Zaznacza, że od tamtej pory przepisy się zmieniły. Tamto doświadczenie zapamiętał jednak jako bardzo bolesne, a przede wszystkim bardzo zimne.
Telefon od króla
Wśród wspomnień znalazła się także rozmowa z królem. Marchal źle sypiał i późno kładł się do łóżka, dlatego tamtego ranka jeszcze spał, gdy zadzwonił telefon. Usłyszał słowa „Palais du Roi”. Początkowo pomyślał, że źle zrozumiał rozmówcę i że dzwoni prokurator królewski. Szef gabinetu Pałacu przekazał jednak słuchawkę, a Marchal natychmiast rozpoznał głos króla Alberta. „Usiadłem prosto w łóżku i poprawiłem na sobie kołdrę. Betty nie wiedziała, co się dzieje, i wybuchnęła śmiechem, bo bywam żartownisiem. Ale to naprawdę był król. Otrzymaliśmy od niego i od królowej Paoli ogromne wsparcie” – wspomina.
Ostatnie słowa dla An
Dotąd książkę przeczytała jedynie żona autora, Betty. Marchal mówi, że lekturze towarzyszyły łzy i rozpoznawanie przeżytych chwil, ale żona znalazła w niej również rzeczy, o których wcześniej nie wiedziała. Dzieci wiedzą o książce, jednak ojciec chce, by przeczytały ją dopiero po wydaniu, trzymając drukowany egzemplarz w rękach. Wszystkie go wspierają. „Uznały tylko, że na zdjęciu na okładce wyglądam staro” – dodaje ze śmiechem.
Ostatnie słowa książki kieruje do An. „Dziękuję jej, że przez siedemnaście lat, osiem miesięcy, tydzień i pięć dni mogłem ją znać jako nasze najstarsze, a dziś najmłodsze dziecko. I jeszcze raz przepraszam, że przybyliśmy za późno…” – mówi Paul Marchal.
Książka „Als je kind op een dag verdwijnt” ukaże się 6 października nakładem wydawnictwa Lannoo. Będzie kosztować 29,99 euro.