Kontrowersje wokół posła N-VA Michaela Freilicha, pierwszego w historii Belgii ortodoksyjnego Żyda wybranego do parlamentu federalnego, przybierają na sile i stawiają w trudnym położeniu zarówno koalicję rządzącą Arizona, jak i ugrupowanie premiera Barta De Wevera. W poniedziałek ambasador Stanów Zjednoczonych w Belgii Bill White publicznie skrytykował władze w Brukseli, zarzucając im „antysemickie prześladowanie” żydowskich praktyków przeprowadzających rytualne obrzezania. Z doniesień medialnych wynika, że do amerykańskiej interwencji mogło dojść po działaniach Freilicha, który podczas wizyty w Waszyngtonie miał rozmawiać z otoczeniem prezydenta Donalda Trumpa. Parlamentarzysta zaprzecza jednak, jakoby wywierał presję, podkreślając, że jedynie „szukał rozwiązania”. Sprawa wywołała poważne turbulencje polityczne – od żądań wyjaśnień ze strony partnerów koalicyjnych po pytania o dalszą przyszłość samego posła.
Geneza afery – śledztwo wobec moheli i rozmowy w Waszyngtonie
Bezpośrednim tłem kryzysu jest wszczęte w ubiegłym roku postępowanie dotyczące trzech moheli z Antwerpii, czyli osób dokonujących rytualnych obrzezań, podejrzewanych o przeprowadzanie zabiegów bez obecności lekarza, czego wymaga belgijskie prawo. To właśnie tę kwestię Michael Freilich miał poruszać podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych w rozmowach z osobami zbliżonymi do prezydenta Trumpa. W wywiadzie dla amerykańskiego ortodoksyjnego tygodnika Der Yid, opublikowanym w trakcie jego wizyty, przyznał, że prowadził działania lobbingowe. Celem miało być skłonienie Waszyngtonu oraz Unii Europejskiej do wywarcia nacisku na rząd belgijski w sprawie utrzymania możliwości wykonywania rytualnych obrzezań bez obowiązkowej obecności personelu medycznego. Sam poseł utrzymuje jednak, że jego wypowiedzi zostały przedstawione nieprecyzyjnie. W oświadczeniu przekazanym agencji Belga zaznaczył: „Nie prosiłem o presję, lecz o poszukiwanie rozwiązania”. Zapewnił też, że nie kontaktował się bezpośrednio z ambasadorem Whitem.
Ambasador White atakuje – Prévot reaguje
Niezależnie od roli Freilicha, wystąpienie ambasadora Billa White’a wywołało w Belgii szerokie oburzenie. Amerykański dyplomata oskarżył kraj o antysemityzm, wskazując na śledztwo dotyczące moheli z Antwerpii. Napięcie na linii Bruksela-Waszyngton było na tyle duże, że minister spraw zagranicznych Maxime Prévot już we wtorek wezwał ambasadora na rozmowę. Rząd znalazł się w delikatnej sytuacji – z jednej strony musi bronić niezależności wymiaru sprawiedliwości i suwerenności prawnej państwa, z drugiej zaś utrzymywać relacje z administracją Trumpa, którą część komentatorów określa jako coraz bardziej autorytarną.
Koalicja Arizona domaga się wyjaśnień
Kontrowersje mocno zachwiały jednością koalicji Arizona. Przewodniczący CD&V Sammy Mahdi w środę w programie De Ochtend na antenie Radio 1 zażądał jasnych wyjaśnień dotyczących działań Freilicha. „Musi być jasne, jaka jest linia postępowania i czy wszyscy jej przestrzegają” – stwierdził. Mahdi posłużył się porównaniem: „Wyobraźcie sobie, że poseł PS o muzułmańskich korzeniach jedzie do Maroka lub Kataru, by zabiegać o wpływ na proces sądowy w Belgii. Wywołałoby to powszechne oburzenie – i słusznie. To całkowicie niestosowne”. Podkreślił, że osoby reprezentujące Belgię nie mogą prosić otoczenia Trumpa o ingerencję w krajowe ustawodawstwo. Na pytanie, czy Freilich powinien zachować mandat, Mahdi nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi, wskazując na konieczność konsultacji w ramach większości. „Twierdzi, że jego słowa zostały inaczej przedstawione, więc potrzebujemy wyjaśnień” – dodał. Rozmowy mają się odbyć prawdopodobnie po przerwie wakacyjnej.
Krytyczne stanowisko zajął także Frédéric De Gucht, przewodniczący partii Anders, który uznał za „szczególnie problematyczne” wykorzystywanie zagranicznych kontaktów politycznych przez belgijskich mandatariuszy do oddziaływania na debatę krajową.
Opozycja żąda działań instytucjonalnych
Ugrupowania opozycyjne zapowiadają konkretne kroki. Partia Groen domaga się wszczęcia postępowania przez federalną Komisję Deontologii. Z kolei PTB chce pilnego zwołania komisji Stosunków Zagranicznych Izby Reprezentantów. W ocenie opozycji należy instytucjonalnie wyjaśnić sytuację, w której parlamentarzysta mógł próbować wpływać na toczące się postępowania sądowe z wykorzystaniem zagranicznych kanałów.
N-VA w trudnym położeniu – milczenie i wewnętrzne napięcia
Afera stawia N-VA w wyjątkowo niezręcznej sytuacji. Przewodnicząca partii Valérie Van Peel zabrała głos dopiero we wtorek wieczorem na platformie X, dystansując ugrupowanie od działań posła. „N-VA w pełni wspiera rząd. W Belgii obowiązuje zasada rozdziału władz. Sami stanowimy nasze prawo. Zagraniczni ambasadorowie nie mają tu nic do powiedzenia” – napisała. Zapewniła też, że nie istnieje żadna inicjatywa legislacyjna dotycząca zmiany przepisów w sprawie obrzezań i że partia nie zabiega o takie modyfikacje. Sugestie o związku między Freilichem a interwencją ambasadora określiła jako „czystą spekulację medialną”.
Mimo to w partii widoczny jest brak spójnej komunikacji. Dziennikarze relacjonują, że w środę wielu polityków N-VA unikało komentarzy lub odsyłało do wpisu Van Peel. Szef frakcji w Izbie Reprezentantów Axel Ronse ograniczył się do wskazania tego stanowiska. Posłanka Darya Safai, przebywająca w Stanach Zjednoczonych, stwierdziła: „Nie znam tej historii, nie wiem, o czym pan mówi”. Jak zauważają obserwatorzy, N-VA sprzyja fakt, że w tym tygodniu Izba nie obraduje z powodu karnawału, co pozwala uniknąć bezpośrednich pytań na forum plenarnym.
To nie pierwsza sytuacja, w której Freilich wywołuje dyskusję we własnym ugrupowaniu. W 2019 r. składał przysięgę parlamentarną w kipie, co spotkało się z krytyką części środowiska politycznego. Geert Bourgeois przypomniał we wtorek o fundamentalnej zasadzie rozdziału władz. Premier Bart De Wever, przebywający obecnie na urlopie narciarskim, dotąd nie odniósł się publicznie do sprawy.
Politolog: podwójne wyzwanie dla N-VA
Politolog Dave Sinardet z Vrije Universiteit Brussel (VUB) ocenia, że sytuacja jest dla N-VA problematyczna na dwóch poziomach. Po pierwsze, chodzi o partię premiera, który stara się prowadzić spójną politykę, zwłaszcza w relacjach międzynarodowych. Tymczasem poseł jego ugrupowania udaje się do Waszyngtonu, by zabiegać o zmianę belgijskiego prawa i ingerować w trwające postępowania – w momencie narastających napięć z administracją Donalda Trumpa.
Po drugie, sprawa uwidacznia napięcia o charakterze wspólnotowym. „Poseł próbuje bronić interesów określonej wspólnoty religijnej i kulturowej, nawet jeśli nie pokrywa się to ze stanowiskiem partii. To kłopotliwe dla N-VA, która sama często krytykuje inne ugrupowania za podobne praktyki, na przykład PS w Brukseli” – wskazuje Sinardet. Partia opowiadająca się za jednolitymi zasadami bez wyjątków dla poszczególnych grup znalazła się w sytuacji, w której jeden z jej przedstawicieli działa wbrew tej logice.
Relacje De Wevera ze społecznością żydowską pod lupą
Sinardet zwraca uwagę także na wrażliwy kontekst relacji Barta De Wevera z antwerpską społecznością żydowską. Premier utrzymuje z nią bliskie kontakty, a pod jego przywództwem N-VA – dawniej sympatyzująca ze sprawą palestyńską – przyjęła wyraźnie proizraelskie stanowisko. De Wever zwykle stara się, by kwestie dotyczące tej społeczności nie stawały się przedmiotem ostrej debaty publicznej. Obecne wydarzenia zmieniają tę sytuację i mogą mieć również znaczenie wyborcze. W wyborach parlamentarnych w 2024 r. Freilich uzyskał 16 374 głosy, co było jednym z najlepszych wyników indywidualnych w partii.
Co dalej – możliwa zmiana akcentów debaty
Choć sytuacja jest dla N-VA trudna, nie jest przesądzone, że ugrupowanie poniesie największe straty polityczne. Część obserwatorów wskazuje, że ewentualna dalsza eskalacja napięć dyplomatycznych z ambasadorem USA – a nawet z samym Donaldem Trumpem – może przesunąć uwagę opinii publicznej z działań Freilicha na spór między rządem w Brukseli a Białym Domem. W takim scenariuszu Bart De Wever mógłby próbować odzyskać inicjatywę, prezentując się jako obrońca suwerenności państwa.
Jak podsumowuje Dave Sinardet: „To nie jest drobna sprawa. Same oskarżenia Billa White’a wykraczają daleko poza zwykłe zdarzenie. Potrzebna jest poważna debata, która – mam nadzieję – nie ograniczy się do bieżących rozgrywek politycznych”.