Nowa inicjatywa prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, określana jako Rada Pokoju, wywołuje liczne kontrowersje i pytania o jej rzeczywiste cele. Wątpliwości budzi zarówno skład gremium, w którym znaleźli się przywódcy o problematycznych reputacjach, jak i sposób jego powołania. Krytycy ostrzegają, że projekt ten może podważać obowiązujący porządek międzynarodowy, a szczególne zaniepokojenie wzbudzają zapowiedzi dotyczące przyszłości Strefy Gazy, formułowane bez udziału palestyńskiej ludności.
Inicjatywa mająca zastąpić ONZ
Rada Pokoju, funkcjonująca pod angielską nazwą Board of Peace, została zaprezentowana przez Donalda Trumpa jako alternatywa dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nie jest to symboliczny gest ani luźna propozycja, lecz realna inicjatywa polityczna prezydenta, który otwarcie dystansuje się od prawa międzynarodowego i zasad multilateralizmu. W praktyce oznacza to próbę stworzenia struktury umożliwiającej realizację amerykańskich celów politycznych z pominięciem dotychczasowych mechanizmów globalnej współpracy.
Skład rady już na starcie wywołał falę krytyki. Wśród zaproszonych i akceptujących udział znaleźli się m.in. argentyński prezydent Javier Milei, znany z radykalnych reform gospodarczych, węgierski premier Viktor Orbán, postrzegany jako polityk nieliberalny, egipski prezydent Abd al-Fattah as-Sisi, kojarzony z brutalnym stłumieniem Arabskiej Wiosny, oraz saudyjski książę koronny Mohammed bin Salman, łączony z zabójstwem dziennikarza. Kontrowersje wzbudził także fakt cofnięcia zaproszenia dla Marka Carneya, premiera Kanady, po jego krytycznych wypowiedziach na temat amerykańskiej dominacji.
Netanjahu w radzie mimo zarzutów o zbrodnie wojenne
W składzie Rady Pokoju znalazł się również premier Izraela Binjamin Netanjahu. Jego obecność jest szczególnie kontrowersyjna ze względu na postępowanie prowadzone przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze w sprawie domniemanych zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości popełnionych w Strefie Gazy. Izraelski przywódca nie pojawił się w Davos, gdzie Trump oficjalnie zainaugurował działalność rady, obawiając się możliwej reakcji szwajcarskich służb.
Izrael jest bezpośrednio zainteresowany funkcjonowaniem nowej instytucji, ponieważ jednym z jej głównych zadań ma być wypracowanie rozwiązań dotyczących przyszłości Strefy Gazy. To właśnie ten region ma stać się pokazowym przykładem skuteczności inicjatywy Board of Peace.
Kontrowersyjny projekt przekształcenia Gazy w luksusowy kurort
Jednym z najbardziej dyskutowanych elementów inicjatywy jest propozycja przedstawiona przez Jareda Kushnera, zięcia Donalda Trumpa. W Davos zaprezentował on wizję przekształcenia Strefy Gazy w luksusowy kurort nadmorski. Plan ten dotyczy terytorium, które od ponad dwóch lat jest niszczone w wyniku działań wojennych. Zrujnowane zostały miasta i wsie, infrastruktura, niemal wszystkie szpitale, pola uprawne, sady oraz cmentarze.
Trump nie kryje entuzjazmu wobec zaangażowania Kushnera i jego koncepcji stworzenia „Riwiery Bliskiego Wschodu”. Prezydent USA argumentuje, że atrakcyjne położenie nad morzem mogłoby stać się impulsem rozwojowym dla obszaru dotkniętego skrajną biedą. Tego typu wypowiedzi spotykają się jednak z ostrą krytyką, wskazującą na oderwanie projektu od realiów humanitarnych.
Palestyńczycy pominięci w planowaniu swojej przyszłości
Największe oburzenie budzi fakt, że w planowaniu przyszłości Strefy Gazy całkowicie pominięto głos jej mieszkańców. Palestyńczycy w pierwszej kolejności potrzebują dostępu do wody pitnej i żywności, opieki medycznej, mieszkań oraz swobody przemieszczania się. Dopiero w dalszej perspektywie możliwe jest mówienie o odbudowie gospodarczej i miejscach pracy.
Jednocześnie mieszkańcy Gazy nie zamierzają rezygnować z dążeń do sprawiedliwości i niepodległości, które od dekad podzielają z Palestyńczykami z Zachodniego Brzegu i Wschodniej Jerozolimy. Wizja luksusowego ośrodka turystycznego całkowicie ignoruje te aspiracje, koncentrując się na projektach infrastrukturalnych oderwanych od podstawowych potrzeb humanitarnych i politycznych.
Krytycy podkreślają, że Rada Pokoju, zamiast promować rozwiązania oparte na dialogu i prawie międzynarodowym, może stać się narzędziem realizacji jednostronnych interesów. W efekcie inicjatywa, która w założeniu ma przynosić pokój, budzi coraz większe obawy co do swoich skutków dla najbardziej dotkniętych konfliktem społeczności.