O uważności. Bo człowiek nie rozwija się w izolacji. Rozwija się w relacji.
Pośpiech niesie nas na swojej fali i nie pozwala się zatrzymać. Czas zdaje się przyspieszać.Kolejne zadania w pracy, tłok w metrze, podniesione głosy na ulicy, napięcie w relacjach, presja w szkole —...
Pośpiech niesie nas na swojej fali i nie pozwala się zatrzymać. Czas zdaje się przyspieszać.
Kolejne zadania w pracy, tłok w metrze, podniesione głosy na ulicy, napięcie w relacjach, presja w szkole — to wszystko staje się tłem codzienności.
Choć z przyzwyczajenia przyjmujemy to jako coś naturalnego, to ciało nie pozostaje obojętne. Rejestruje non stop przeciążenie, napięcie i brak przestrzeni na zatrzymanie.
W efekcie coraz częściej funkcjonujemy w trybie nieustannej gotowości, mobilizacji reagując intensywnie, szybciej, niż jesteśmy w stanie poczuć.
Wielu z nas doświadcza przewlekłego stresu, który nie zawsze ma formę pojedynczych, silnych przez co zauważalnych wydarzeń. Częściej wkrada się dyskretnie, ale systematycznie.
To stres rozproszony — wynikający z tempa pracy, presji efektywności, nacisków osobistych, czy ciągłej dostępności i konieczności pozostawania „w gotowości”. Szczególnie widoczne jest to w środowiskach korporacyjnych, gdzie rytm dnia wyznaczają terminy, spotkania, cele i wskaźniki, analizy danych, a przestrzeń na zatrzymanie się, refleksję czy kontakt z własnym stanem wewnętrznym bywa ograniczona do minimum.
Podobne napięcie dopada także poza środowiskiem pracy: w codziennych relacjach, w życiu rodzinnym i społecznym. Wynika ono nie tylko z zewnętrznych wymagań, ale także z wewnętrznych nacisków, indywidualnej presji na „radzenie sobie”, bycie sprawnym, skutecznym i samowystarczalnym, a także z narastającego niezrozumienia między ludźmi i trudności w prawdziwym usłyszeniu siebie nawzajem. Niby mówimy , a się nie słyszymy.
W takim systemie łatwo się oddalić i funkcjonować obok siebie — wykonując kolejne zadania, odpowiadając na wiadomości, uczestnicząc w rozmowach, które często bardziej przypominają wymianę informacji niż realne spotkanie. Ludzie mijają się w korytarzach, na spotkaniach, w komunikatorach — także w relacjach prywatnych — będąc fizycznie blisko, a jednocześnie emocjonalnie i psychicznie rozdzieleni lub nieobecni.
To „mijanie się” nie zawsze jest widoczne na pierwszy rzut oka, wkrada się dyskretnie. Może przejawiać się w skróconych rozmowach, automatycznych odpowiedziach, szybkim przechodzeniu do kolejnych tematów. W relacjach pojawia się wtedy subtelne poczucie braku głębi — jakby kontakt był utrzymany, ale nie do końca pełny.
W takiej rzeczywistości gubi się doświadczenie prawdziwej obecności. Nie dlatego, że ludzie nie chcą być bliżej siebie, ale dlatego, że ich układ nerwowy często pozostaje w stanie napięcia, gotowości lub przeciążenia.
To właśnie ciało i system nerwowy — poprzez mechanizmy neurocepcji — decydują o tym, czy możliwe jest otwarcie się na relację, czy pojawia się wycofanie i ochrona. Ten nieświadomy proces ciągłego „skanowania bezpieczeństwa” sprawia, że kontakt z drugim człowiekiem nie jest wyłącznie decyzją, ale stanem biologicznym.
Kiedy kontakt ze sobą się urywa,
- kiedy pojawia się zmęczenie, przeciążenie, te wywołują łzy albo ścisk w żołądku, albo ból w plecach,
- kiedy za nimi przychodzi stawianie siebie do pionu: to nic takiego, nic się nie dzieje, zachowaj spokój.
- kiedy zamiast poczuć — zaczynamy analizować każde zdanie, każde słowo, wracając do nich raz po raz, jakby gdzieś zgubiła się wewnętrzna pewność.
- kiedy zgadzamy się szybciej niż zdążymy sprawdzić, co naprawdę myślimy — dla „świętego spokoju”.
Albo przeciwnie — reagujemy intensywnie, zalewani emocjami, jakby „więcej” niż wymaga sytuacja.
Z zewnątrz może to wyglądać jak niespójność, opór albo brak gotowości do kontaktu ze sobą. Jednak takie rozumienie pomija coś bardzo istotnego — rolę układu nerwowego i jego podstawowej funkcji, jaką jest zapewnienie bezpieczeństwa.
W takich momentach często uruchamia się również subtelny, ale bardzo powszechny mechanizm: przesunięcie z głębszego do bardziej powierzchownego kontaktu. Zamiast wchodzić w to, co trudniejsze, bardziej złożone czy wymagające zatrzymania, pojawia się tendencja do „zamiatania pod dywan”.
Może to przyjmować formę szybkiego uspokojenia się poprzez myślenie, tłumaczenie lub intelektualizowanie. Czasem pojawia się chęć, żeby „nie wchodzić w to za głęboko”, „nie analizować bardziej niż trzeba”. W zamian wybieramy to, co szybsze, prostsze i bardziej dostępne — działanie, odwrócenie uwagi, przejście do kolejnego zadania, albo sięganie po uzależnienia.
Powierzchowność nie jest tu brakiem refleksji, ale sposobem regulacji —to forma ochrony przed przeciążeniem. Z perspektywy ciała jest to moment, w którym system wybiera mniej czucia, więcej działania, mniej kontaktu z emocją, więcej kontroli poprzez myśl.
Autentyczność jako przestrzeń relacji i bycia
W pewnym sensie autentyczność nie jest czymś, co posiadamy. To uważność na siebie. Nie jest stanem, który można osiągnąć raz na zawsze. Bardziej przypomina przestrzeń, która pojawia się wtedy, gdy robi się w nas trochę więcej miejsca. Wtedy oddech sam się pogłębia. Ciało przestaje być tak zwarte, napięte. A to, co wewnętrzne — przestaje się tak mocno ukrywać.
I dopiero wtedy możemy zauważyć, że bycie sobą nie jest oddzielone od bycia z innymi.
Nie istnieje „ja” w całkowitej izolacji. Istnieje raczej ciągłe bycie w relacji — ze sobą, z drugim człowiekiem i z tym, co między nami. Czasem to „pomiędzy” jest niemal niewidoczne. A jednak właśnie ono decyduje o jakości spotkania.
W tym doświadczeniu odsłania się coś bardzo podstawowego.
Człowiek nie jest istotą samowystarczalną emocjonalnie. Potrzebuje drugiego człowieka nie tylko po to, by rozmawiać czy współdziałać, ale po to, by móc się regulować, uspokajać, wracać do siebie.
Dlatego tak ważne staje się nie tylko to, czy jesteśmy z kimś, ale jak jesteśmy.
Czy możemy być widziani bez krytyki i napięcia. Czy możemy być słyszani bez oceny i pośpiechu. Czy możemy na chwilę odłożyć bron,, silnej osoby”.
W takich warunkach coś w nas zaczyna się rozluźniać. Nie dlatego, że ktoś nas zmienia, ale dlatego, że nie musimy już tak bardzo ,,się trzymać”.
Relacja nie jest wyłącznie wymianą treści. Jest doświadczeniem, które dzieje się w czasie rzeczywistym — często dużo subtelniejszym, niż jesteśmy w stanie uchwycić myśleniem.
Czasem wystarczy czyjaś obecność. Nieinterweniująca. Nieprzyspieszająca. Po prostu będąca.
I nagle okazuje się, że można oddychać trochę głębiej. Jakby ciało przypominało sobie, że nie musi być cały czas w gotowości i też pozwala na BYCIE.
Uważność nie jest techniką ani wysiłkiem. Jest raczej delikatnym orientowaniem się w tym, w jakim stanie jesteśmy:
Czy jestem w kontakcie ze sobą, czy raczej w napięciu albo wycofaniu?
Czy mam dostęp do tego, co czuję, czy raczej to omijam?
Co dzieje się w ciele, kiedy próbuję być w relacji?
To nie są pytania, które wymagają natychmiastowej odpowiedzi. Raczej zaproszenie do zatrzymania się i powrotu do siebie.
W świecie przeciążenia
Żyjemy w czasie, który rzadko pozwala na zatrzymanie.
Zbyt wiele bodźców. Zbyt wiele spraw. Zbyt wiele „trzeba”, ,, muszę”
Układ nerwowy w takich warunkach często nie ma przestrzeni, żeby wrócić do równowagi. Pozostaje w napięciu albo w wycofaniu — i to staje się naszym codziennym tłem funkcjonowania.
Wtedy kontakt z sobą i z innymi zaczyna się zawężać.
Można być wśród ludzi i jednocześnie nie być w relacji. Można rozmawiać i nie doświadczać spotkania.
I nie jest to kwestia winy. Bardziej warunków, w jakich żyjemy.
O tym, co fundamentalne
W pewnym momencie pojawia się jednak tęsknota.
Za czymś prostym. Za byciem w kontakcie. Za relacją, która nie wymaga wysiłku udowadniania siebie. Potrzeba zrzucenia własnej ochrony.
Być może właśnie dlatego tak ważne staje się to, co można by nazwać „wioską” — siecią ludzkich relacji, w których możemy być sobą w różnym stanie: silnym i słabszym, otwartym i zamkniętym. Niedoskonałym.
Nie po to, żeby się poprawiać. Ale po to, żeby być razem.
Bo człowiek nie rozwija się w izolacji. Rozwija się w relacji.
I często to właśnie obecność drugiego człowieka — jego uważność, spokój, zdolność bycia — pozwala nam wrócić do siebie w sposób, którego nie da się osiągnąć samemu.
Niespektakularnie. Niegwałtownie. Ale wystarczająco, żeby znów poczuć, że jesteśmy częścią życia.
Wystarczy obecność, która nie przyspiesza.
Bo to właśnie troska drugiego człowieka — jego uważność, spokój, gotowość do bycia — ma w sobie coś, co naprawdę leczy.
Pomaga wyjść z własnej „bańki”. Z zawężonego świata napięcia, myśli i reakcji.
I przypomina, że jesteśmy częścią czegoś większego, wibrującego, żywego.
Dokładnie takiego, jakiego najbardziej potrzebujemy.
Lucyna Mijas
[email protected]
0496 21 07 83
Zapraszam do Akademii Rodzica
Kolejne spotkanie 13.05 (godz 18.00-21.00)
Mapa relacji Rodzic-Dziecko: nasza wspólna podróż z uważnością i zrozumieniem