Handlowcy z Saint-Gilles mają dość narkobiznesu – „To Chicago i to przeraża”
Kolejne dni strzelanin na ulicach Brukseli i ogłoszony przez ministra spraw wewnętrznych „stan wyjątkowy w skali kraju” dla wielu brzmią jak mocno spóźnione przebudzenie. W dolnej części...
Wizualizacja wygenerowana przez SI. Nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia ani jego uczestników - Aktualnosci.be Kolejne dni strzelanin na ulicach Brukseli i ogłoszony przez ministra spraw wewnętrznych „stan wyjątkowy w skali kraju” dla wielu brzmią jak mocno spóźnione przebudzenie. W dolnej części Saint-Gilles, dzielnicy przechodzącej gentryfikację, ale jednocześnie dotkniętej skutkami handlu narkotykami, przedsiębiorcy nie kryją zmęczenia sytuacją. Rozwój narkobiznesu ma dziś wymierne konsekwencje gospodarcze w kilku częściach stolicy, a właściciele lokali mówią o utracie klientów, kradzieżach, napaściach i niewystarczającej obecności policji na ulicach.
Spis treści
Handlowcy z Parvis de Saint-Gilles, początku chaussée de Waterloo oraz rue Jean Volders założyli w końcu grupę na WhatsAppie, której głównym tematem stały się handel narkotykami i jego tragiczne skutki. „To trwa od lat i sprawa jest prosta: jestem jedną z nielicznych osób w dzielnicy, u której się nie włamano” – wzdycha Elodie, stojąc w progu swojego lokalu przy rue Jean Volders.
Dzielnica, która się zmieniła
Dolna część Saint-Gilles jest bardzo dynamiczna i tworzy mieszankę wyjątkową w skali Belgii: bary z Session IPA i kombuchą dla hipsterów, wyspecjalizowane sklepy płytowe, kuchnie z całego świata, a obok nich stare, wyłożone boazerią brukselskie knajpy oraz zupa rozdawana osobom bezdomnym. Większość miejscowych to progresywni kibice Union Saint-Gilloise, co w konserwatywnej części stolicy wywołuje niekiedy uśmieszki.
Ten tygiel zaczął się jednak zmieniać po zakończeniu pandemii, wraz z gwałtownym wzrostem narkomanii i handlu narkotykami w Brukseli. Square Jacques Franck, u wylotu rue Jean Volders, naprzeciwko parku porte de Hal, stał się jednym z głównych punktów sprzedaży narkotyków, o który rywalizują konkurencyjne grupy. Doprowadziło to do kilku strzelanin, do których dochodziło od poprzedniego weekendu. Jeszcze bardziej uciążliwe dla okolicznych przedsiębiorców jest to, że handel utrzymuje całą grupę osób uzależnionych, a to właśnie ich zachowanie najbardziej utrudnia życie prowadzącym lokale.
„Trzeba chronić Saint-Gilles”
Problem uzależnień jest znany i nagłaśniany od lat, ale wciąż nie znaleziono rozwiązania. Restauratorzy z Parvis de Saint-Gilles i okolic od dawna alarmują władze, że głód narkotykowy może u niektórych osób prowadzić do bardzo brutalnych zachowań. Sam Parvis został niedawno wyremontowany, a mimo to kilka lokali jest dziś zamkniętych, choć jeszcze do niedawna było to jedno z najbardziej rozrywkowych i atrakcyjnych miejsc na południu stolicy.
Właściciel sklepu spożywczego, działającego w dzielnicy od ośmiu lat i zatrudniającego trzydzieści osób, zgodził się wypowiedzieć wyłącznie anonimowo, obawiając się odwetu wobec swojego zespołu.
Widzimy różnicę od czasu covidu: nasiliło się picie alkoholu, branie narkotyków i sięganie po przemoc. Ludzie robią sobie zastrzyki na ulicy, piją amoniak. A do tego strzelaniny i osoby handlujące narkotykami z fotela ustawionego na ulicy dwa kroki od nas… Od lat nie widujemy policjantów na ulicy, od lat czekamy na kamery monitoringu, na rozwiązanie, na plan działania. Jeden mój pracownik został napadnięty na dworcu Bruxelles-Midi, sprzedawczynie się boją. W tym tempie myślę o wyprowadzce. Trzeba chronić Saint-Gilles – mówi.
Spadające obroty i klienci, którzy dzwonią z przeprosinami
Ten przedsiębiorca nie jest odosobniony. Nieopodal działa Ozfair, spółdzielczy sklep ze sprawiedliwym handlem, gdzie zioła sprzedawane są pod hasłem wsparcia dla Gazy, obok stojaka z literaturą zaangażowaną. Narkobiznes nie ma jednak politycznych barw.
Strzelaniny i handel mają wpływ na nasz obrót, który w tym roku spada, częściowo właśnie z tego powodu – mówi Guerric Gautier, współprowadzący sklep. – Sytuacja się nie poprawia. To Chicago i to przeraża. Nie chodzi o to, że dilerzy nam przeszkadzają, ale sprzedają na oczach wszystkich, tuż obok.
Współprowadząca placówkę Christine Clément przyznaje, że regularnie dzwoni do sąsiada prowadzącego sklep mięsny, aby przepłoszył osoby uzależnione nagabujące klientów.
Są nękani. Część naszych klientów zadzwoniła do nas, żeby z przykrością uprzedzić, że nie będą już przychodzić do naszego sklepu z powodu braku bezpieczeństwa. A policji nieczęsto widujemy przed naszymi drzwiami – mówi.
Powtarzającym się w wypowiedziach przedsiębiorców problemem jest właśnie brak funkcjonariuszy na ulicach.
Są wprawdzie funkcjonariusze gminni, ci „fioletowi”, ale przechodzą obok facetów, którzy się szprycują, i nic nie robią – denerwuje się Elodie.
Cztery włamania w osiem miesięcy
Po drugiej stronie Parvis de Saint-Gilles znajduje się place Marie Janson, nazywany „kwadratem moskiewskim”, przekształcony w zacieniony teren zielony. Gruntownie odnowiony plac przyciąga osoby uzależnione, z których część daje się we znaki okolicznym handlowcom i mieszkańcom.
Prowadzę sklep od 34 lat, ale dopiero od niedawna wchodzą mi do ogródka. Dwa albo trzy razy dziennie ktoś przychodzi kraść owoce – mówi Abid, prowadzący sklep spożywczy przy rue de la Victoire.
Naprzeciwko działa lokal Alessandro Buono. Czterdziestolatek o donośnym głosie, umięśniony, ubrany w opięty czarny T-shirt i patrzący rozmówcy prosto w oczy, prowadzi pizzerię przy rue de la Victoire dopiero od dwóch lat. Zdaje się znać wszystkich mieszkańców okolicy, którzy serdecznie go pozdrawiają. W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy jego lokal został okradziony już po raz czwarty – na drzwiach wejściowych nadal widać ślady po ostatnim włamaniu.
Sprawca wszedł nocą po wyłamaniu zamka i wyniósł liczne butelki dobrego wina o wartości, jak wylicza właściciel, 4 500 euro.
Tym razem nie złożyłem zawiadomienia, bo ubezpieczyciel by mi już nie uwierzył – irytuje się Buono. – Jestem więcej niż wkurzony. Lepiej dla niego, żebym nie złapał tego, kto to zrobił.
Restaurator po swojemu zaprowadził porządek wokół lokalu.
Byli tacy, którzy próbowali zaczepiać moich klientów, uspokoiłem ich, wiedzą, że nie mają tu więcej przychodzić. Mimo to część stałych klientów powiedziała mi, że nie będą tu już bywać z powodu braku bezpieczeństwa. Doprowadza mnie to do szału, bo Saint-Gilles to piękna, dynamiczna gmina, w której coś się dzieje, jest praca, ale od pięciu lat wszystko się pogarsza. W każdym razie nikt mnie stąd nie wypędzi – deklaruje.
Niektórzy jednak zamykają
Inaczej postąpił Eric, właściciel baru winnego Gamin!, mieszczącego się naprzeciwko siedziby władz gminy Saint-Gilles. Po trzech próbach włamania w ciągu jednej nocy zdecydował się zamknąć działalność.
W styczniu spodziewam się dziecka i nie mam ochoty wychowywać go w takim otoczeniu – tłumaczył dziennikowi La Dernière Heure, wskazując jako sprawców „osoby zażywające narkotyki, odpowiedzialne za kradzieże w sklepach i mieszkaniach”.
Dolna część Saint-Gilles stała się dla części osób miejscem budzącym coraz większy niepokój. W podcaście dziennika L’Echo prokurator generalny Brukseli Frédéric Van Leeuw przyznaje, że taki proces rzeczywiście zachodzi, i wyraża z tego powodu ubolewanie.
W Brukseli są strefy, w których bardzo trudno jest wyegzekwować prawo. Żyjemy w społeczeństwie, w którym trudno postawić policjanta na każdym rogu, a i wtedy widzimy, że mimo wszystko dochodzi do strzelanin. Mamy do czynienia ze starciem różnych klanów – nazwijmy to tak – które bardzo mało przejmują się porządkiem publicznym i dyskrecją. Poza tym są w Brukseli dzielnice skrajnie ubogie, którym być może poświęcono zbyt mało uwagi, a które są wykorzystywane jako węzeł przerzutowy do generowania zysków z handlu narkotykami – zauważa Van Leeuw.
A co z rynkiem nieruchomości?
Skoro lokale są zamykane, a klienci dwa razy zastanawiają się przed powrotem, pojawia się również pytanie o rynek nieruchomości. Wielu mieszkańców Brukseli poszukujących mieszkania obawia się skutków narkobiznesu.
Oglądałem ładne mieszkanie przy rue Egide Walschaerts, w dolnej części Saint-Gilles. Ale na ziemi był ślad po spalonym samochodzie, a na dole ulicy rozciągnięto policyjne taśmy. To studzi zapał – relacjonuje Clément.
Ceny zaczną spadać – przewiduje Alessandro, pizzaiolo z rue de la Victoire, który mimo wszystko sam chce kupić nieruchomość w dzielnicy.
To prognoza, którą dopiero trzeba zweryfikować, ale już teraz budzi obawy w branży nieruchomości. Prezes dużej belgijskiej firmy z tego sektora odmówił odpowiedzi na pytania L’Echo pod nazwiskiem, aby nie zaszkodzić rynkowi jeszcze bardziej.
Temat jest wrażliwy, bo od miesięcy postrzeganie Brukseli stało się skrajnie negatywne – przez czas formowania rządu, narkobiznes i strzelaniny, które psują wizerunek stolicy, co ma konsekwencje dla rynku – mówi.
Jego kolega z branży Laurent Lejeune, dyrektor generalny Century 21 Benelux, sięga jednak po dane, które pokazują bardziej złożony obraz sytuacji.
Są dwa aspekty – podsumowuje. – Obserwujemy exodus z Brukseli od czasu covidu, spowodowany poczuciem braku bezpieczeństwa, ale też wysokością opłat rejestracyjnych, końcem premii remontowych i brakiem czystości. Część naszych klientów wyjeżdża do Brabancji Walońskiej, Brabancji Flamandzkiej, a nawet w rejon Namur i do Hainaut z powodu strzelanin.
Drugi aspekt jest jednak taki, że na Anderlechcie, Saint-Gilles czy Molenbeek ceny nie spadają, a nieruchomości przyciągają osoby kupujące pierwsze mieszkanie. Rosną nawet w tym samym tempie co w pozostałych 16 gminach, bo rynek nieruchomości ma się dobrze – kontynuuje. – Weźmy przykład dzielnicy kanału przy Tour&Taxis i w stronę dworca Bruxelles-Nord, która przez 20 lat ogromnie się zmieniła, i to na lepsze. Chciałbym, żeby udało się zadziałać podobnie w okolicach dworca Bruxelles-Midi.