Belgijski rynek pracy potrzebuje analizy skutków reform – same statystyki zatrudnienia nie wystarczą
Belgijski rynek pracy przyjmuje kolejne reformy, ale wciąż brakuje oceny ich łącznych skutków – systemowej analizy, która pozwoliłaby sprawdzić, czy cele polityczne rzeczywiście są realizowane...
Wizualizacja SI - Aktualnosci.be Belgijski rynek pracy przyjmuje kolejne reformy, ale wciąż brakuje oceny ich łącznych skutków – systemowej analizy, która pozwoliłaby sprawdzić, czy cele polityczne rzeczywiście są realizowane i czy przy okazji nie pojawiają się niezamierzone konsekwencje. Punktem wyjścia do tej debaty stały się wyniki badania przeprowadzonego przez urząd ds. zatrudnienia ONEM/RVA. Zgodnie z nimi praca miałaby trafić do jednej na dziesięć osób wykluczonych z systemu bezrobocia.
Przy obecnym tempie mogłyby potwierdzić się prognozy zakładające, że jedna trzecia osób pozbawionych zasiłku dla bezrobotnych znajdzie zatrudnienie. Takie wnioski spotkały się jednak ze sprzeciwem strony związkowej. Jej przedstawiciele wskazują, że wśród osób wracających do pracy są między innymi pracownicy tymczasowi oraz inni zatrudniani dorywczo, którzy łączą okresy bezczynności z krótkimi umowami. Tego typu przypadki mogą zacierać obraz statystyk, które na razie wciąż pozostają niekorzystne dla rządu.
Liczby jako stawka polityczna
Dane są oczywiście ważnym elementem politycznej gry. Dla zwolenników ograniczenia w czasie zasiłków dla bezrobotnych kluczowe jest wykazanie, że reforma pobudziła powroty na rynek pracy. Byłby to dowód, że polityczna stanowczość i wyprowadzanie ludzi ze strefy komfortu przynoszą oczekiwane rezultaty. Dla przeciwników tego rozwiązania równie istotne jest pokazanie, że taka decyzja polityczna niszczy ludzkie życiorysy i sytuacje rodzinne, a zamiast prowadzić do zatrudnienia, pogłębia niepewność.
Reformy nakładają się na siebie
Takie spojrzenie okazuje się jednak niewystarczające. Rząd Arizona wprowadza bowiem kolejne reformy rynku pracy: dotyczące bezrobocia, pomocy społecznej, godzin nadliczbowych, pracy nocnej, okresu wypowiedzenia, okresu próbnego, systemu flexi-jobs, pracy studentów, umów na jedną dziesiątą etatu, a w miniony weekend na stole wąskiego składu rządu (kern) znalazła się annualizacja czasu pracy. To prawdziwa rewolucja, która maksymalnie uelastycznia grę popytu i podaży pracy, jednocześnie stawiając w sytuacji konkurencji pracowników o różnym statusie.
W takim kontekście ograniczanie się wyłącznie do danych o ewentualnych powrotach do zatrudnienia osób wykluczonych z bezrobocia jest – parafrazując słynną tyradę o nosie autorstwa Edmonda Rostanda – „trochę za krótko, młody człowieku”.
Potrzeba rzetelnej oceny
Od odpowiedzialnych decydentów politycznych należy oczekiwać, że tego rodzaju reformy będą poprzedzane analizą wpływu, a po wprowadzeniu zmian strukturalnych doczekają się rzeczywistej oceny systemowej. Tylko w ten sposób można sprawdzić, czy zapowiadane cele faktycznie zostały osiągnięte i czy reformy nie wywołały zbyt wielu niepożądanych skutków.
Dziś rynek pracy przypomina kokpit samolotu pasażerskiego: jedne wskaźniki rosną, inne spadają. Rekordowa liczba pracujących studentów, osoby zatrudniane w systemie flexi-jobs obecne już we wszystkich sektorach, osoby wykluczone z bezrobocia czekające u drzwi CPAS/OCMW lub pozostawione same sobie z powodu braku pracy, bezrobotni, którzy pozostają nimi tylko przez część tygodnia – wszystko to tworzy obraz trudny do jednoznacznej oceny. Nadal nie wiadomo dokładnie, co oznaczają te zmiany ani jakie są skutki nakładających się na siebie polityk.
Warto byłoby więc przeanalizować sytuację i poważnie się nad nią zastanowić. Reformy rynku pracy powinny być prowadzone świadomie, skutecznie i sprawiedliwie, a nie wyłącznie na podstawie wybranych statystyk.