Niedoboru lekarzy pierwszego kontaktu w Belgii nie da się usunąć samym zwiększaniem limitów przyjęć na studia medyczne. Zwrócił na to uwagę dr Dominique Henrion, koordynator studiów magisterskich z medycyny ogólnej na Uniwersytecie w Namur (UNamur), podczas wykładu na UCLouvain w ramach Uniwersytetu Seniorów (UDA). Posłużył się obrazową metaforą „przeciekającej wanny”: system kształcenia pracuje na pełnych obrotach, a mimo to rośnie liczba wykwalifikowanych lekarzy, którzy odchodzą z zawodu. W jego ocenie belgijska podstawowa opieka zdrowotna traci kadry w sposób cichy, ale stały.
Zwiększenie limitów INAMI nie rozwiąże problemu
Zdaniem dr. Henriona sprowadzanie odpowiedzi na kryzys wyłącznie do podnoszenia limitów numerów INAMI/RIZIV – czyli uprawnień potrzebnych do wykonywania zawodu lekarza w systemie refundowanym przez ubezpieczenie zdrowotne – jest pułapką. Wynika ona z pomijania zarówno perspektywy czasowej, jak i społecznych uwarunkowań tego zjawiska. Jak podkreślił, zapowiadane na 2030 r. zwiększenie liczby numerów INAMI nie przyniesie szybkiej ulgi: rok 2030 jest blisko, a wykształcenie lekarza zajmuje około dekady, więc realne wzmocnienie kadr mogłoby nastąpić dopiero około 2040 r. Do tego czasu wielu dzisiejszych lekarzy, w tym sam dr Henrion, przejdzie już na emeryturę.
Ta wieloletnia bezwładność systemu oznacza trudny okres dla obecnego pokolenia – i dla lekarzy, i dla pacjentów. Praktykujący medycy pracują na granicy wytrzymałości, a pacjentom coraz trudniej znaleźć lekarza rodzinnego. Problem nie wynika jednak wyłącznie z liczby studentów medycyny: równie istotny jest odpływ osób, które już zdobyły kwalifikacje.
Co piąty lekarz odchodzi w ciągu dekady
Metafora „przeciekającej wanny” opiera się na danych przytoczonych podczas konferencji. Dr Henrion powołał się na badania prof. Anne-Laure Lenoir z Uniwersytetu w Liège, z których wynika, że po dziesięciu latach od uzyskania dyplomu około 20-21 procent lekarzy nie pracuje już w lecznictwie. W praktyce oznacza to, że mniej więcej co piąty medyk – wykształcony przy znacznym udziale środków publicznych – rezygnuje z pracy w systemie opieki zdrowotnej w ciągu zaledwie dekady.
Taka utrata kadr sprawia, że samo „dolewanie” nowych roczników poprzez zwiększanie limitów przyjęć jest mało skuteczne. System kształci lekarzy na granicy potrzeb, a jednocześnie część absolwentów szybko znika z praktyki klinicznej, co pogłębia strukturalny niedobór.
Mit pełnego etatu w medycynie
Na odpływ lekarzy nakłada się też zmiana podejścia do pracy. Dr Henrion zaznaczył, że porównywanie dzisiejszej liczby praktykujących lekarzy z danymi sprzed dwudziestu lat bywa mylące, bo „pełny etat” dawniej i dziś nie oznacza tego samego. Współcześni medycy przeciętnie pracują mniej godzin niż ich poprzednicy.
W debacie często wskazuje się na feminizację zawodu, jednak dr Henrion podkreślił, że to tylko jeden element szerszej przemiany społecznej, związanej z dążeniem do równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Zmiana dotyczy także mężczyzn: młodsi lekarze częściej pracują krócej i chętniej korzystają z urlopów. Model lekarza na prowincji, dostępnego dla pacjentów 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu i gotowego na każde wezwanie, odszedł bezpowrotnie. Przenoszenie rozwiązań z innej epoki na współczesną rzeczywistość socjologiczną – jak ocenił – z góry skazuje działania na porażkę.
Wsparcie organizacyjne zamiast premii finansowych
Politycy często sięgają po zachęty finansowe, ale ich efekty są ograniczone. Premie za rozpoczęcie praktyki – takie jak program Impulseo, którego przyszłość pozostaje niepewna – przynoszą głównie skutki jednorazowe albo przyciągają lekarzy do miejsc położonych przy granicy obszarów deficytowych, bez rozwiązania problemu u podstaw. Dr Henrion zwrócił uwagę, że lepsze rezultaty daje finansowanie wsparcia administracyjnego w gabinetach. Odciążenie lekarzy od biurokracji i odzyskanie czasu na pracę z pacjentem bywa skuteczniejsze niż proste transfery pieniędzy. W jego ocenie bezpośrednie dopłaty są dla młodych lekarzy najmniej przekonującym argumentem przy wyborze miejsca pracy.
Coraz mniej atrakcyjny jest też model samotnego lekarza, który otwiera gabinet i funkcjonuje bez zaplecza. Młode pokolenie częściej szuka pracy zespołowej i wsparcia koleżeńskiego. Na terenach wiejskich największą barierą bywa nie sama praca, lecz obawa przed izolacją społeczną.
Uniwersytet stawia na pozytywne doświadczenia w terenie
W odpowiedzi na te wyzwania UNamur koncentruje się na rozwiązaniach akademickich. Uczelnia chce, aby studenci jak najczęściej zdobywali pozytywne doświadczenia zawodowe na terenach wiejskich na różnych etapach studiów. Obecnie – pozostawieni bez jasnych wskazówek – wybierają miejsca staży najbliżej akademików lub adresów zameldowania, co w praktyce sprzyja koncentracji w dużych miastach.
Aby przełamać tę tendencję, UNamur przygotował rozbudowane staże organizowane w formule „pod klucz”. Uczelnia zapewnia zakwaterowanie dla grup oraz transport, zamieniając dotychczasowe bariery logistyczne w element atrakcyjnego doświadczenia zawodowego i społecznego.
Brak prawa jazdy jako nieoczekiwana bariera
W diagnozie dr. Henriona pojawił się też mniej oczywisty, ale bardzo konkretny problem: mobilność. Zwrócił uwagę, że blisko jedna czwarta młodych lekarzy kończących studia nie ma prawa jazdy. Jak ironicznie zauważył, w Bertrix nie ma stacji metra – a to właśnie takie miejscowości często najbardziej potrzebują lekarzy.
W miejscach oddalonych od dużych aglomeracji brak samodzielności komunikacyjnej staje się realną przeszkodą zawodową. Jeśli celem jest zatrzymanie młodych lekarzy w systemie – czyli, używając metafory dr. Henriona, „zatykanie dziur w wannie” – potrzebne są działania wykraczające poza samo kształcenie. Zapewnienie mieszkań, rozwiązania transportowe oraz wsparcie w integracji ze społecznością lokalną stają się warunkami utrzymania podstawowej opieki zdrowotnej na belgijskiej prowincji.