Przeciwko premier Federacji Walonia-Bruksela Elisabeth Degryse (Les Engagés) oraz jej szefowej gabinetu wniesiono pozew dotyczący domniemanych przypadków mobbingu, naruszeń przepisów o ochronie i bezpieczeństwie pracowników, bezprawnego zwolnienia oraz naruszenia czci i dobrego imienia. Sprawa, ujawniona w sobotę 21 lutego 2026 r. przez dziennik Le Soir, opiera się na relacjach kilku byłych doradczyń z komórki ds. kultury w gabinecie Degryse. Opisują one – jak twierdzą – traumatyczne warunki pracy, obejmujące przemoc słowną, skrajnie długie dni pracy i sprzeczne polecenia. Premier zdecydowanie zaprzecza wszystkim zarzutom, podkreślając, że jest osobą wymagającą, ale nigdy nie stosowała przemocy wobec współpracowników.
Pozew i dochodzenie psychospołeczne
Pozew w trybie kontradyktoryjnym został złożony we wrześniu ubiegłego roku przez jedną z byłych współpracowniczek do francuskojęzycznego sądu pracy w Brukseli. Obejmuje on zarzuty mobbingu, nieprzestrzegania zasad ochrony pracowników, bezprawnego zwolnienia oraz naruszenia reputacji. Sprawa, w której mogą zostać zasądzone odszkodowania, ma zostać rozpatrzona 19 października br., a wyrok może zapaść na początku 2027 r.
Równolegle na początku tego roku w gabinecie przeprowadzono dochodzenie psychospołeczne, będące efektem formalnego wniosku o interwencję złożonego do Cesi – zewnętrznej służby ds. prewencji i ochrony w miejscu pracy. Elisabeth Degryse poinformowała, że spodziewa się raportu w najbliższych dniach i ocenia, iż Cesi działało profesjonalnie. W kwestii postępowania sądowego odmówiła komentarza, stwierdzając: „Proces odbędzie się przed sądem, nie w prasie.”
Zeznania byłych doradczyń: przemoc słowna i wyniszczający rytm pracy
Relacje zebrane przez Le Soir przedstawiają obraz gabinetu, w którym – według byłych pracowniczek – panowała atmosfera zastraszania i chronicznego przeciążenia. Jedna z doradczyń określiła swoje doświadczenie jako „traumatyczne” i przyznała, że powrót do pracy na pełen etat zajął jej dziewięć miesięcy. „Ten okres kosztował mnie wiele zdrowia i wydatków na opiekę medyczną. Panowała bardzo specyficzna atmosfera, nie było przestrzeni na oddech ani na spokojną pracę merytoryczną” – relacjonowała. Inna była współpracowniczka przyznała, że ponad pół roku po odejściu nadal nie jest w stanie pracować w pełnym wymiarze.
W zeznaniach pojawiają się opisy przemocy słownej oraz rzucania przedmiotami. „Widziałam, jak na ludzi krzyczano, słyszałam podniesiony głos wobec mojej przełożonej. Byłam świadkiem sytuacji, w których ludzie wzajemnie na siebie krzyczeli i rzucali rzeczami” – mówiła jedna z byłych pracowniczek. Według relacji zdarzało się rzucanie ciężkimi teczkami do podpisu – praktyka, którą część świadków wiązała z wcześniejszymi gabinetami partii CDH. Jedna z doradczyń opisała sytuację, w której słyszała krzyk premier skierowany do koleżanki w sąsiednim pomieszczeniu, określając to jako „niezwykle brutalne doświadczenie”.
Krytyce poddano również rytm pracy narzucany przez szefową gabinetu ds. kultury. Według zeznań wstawała ona codziennie o 5:00 rano i pracowała z domu przez kilka godzin przed przyjazdem do biura. „Najlepszym momentem na uzyskanie zatwierdzenia odpowiedzi na pytania parlamentarne było wysłanie maila między 5:00 a 8:00. Dlatego co drugi tydzień pracowaliśmy regularnie do północy, do 1:00 czy nawet 2:00 w nocy, aby zdążyć przejrzeć wszystkie pytania i wysłać je przed 5:00” – zeznała jedna z doradczyń. Inna podała konkretne dane: „Pracowałam od 60 do 80 godzin tygodniowo. W ciągu trzech kolejnych tygodni było to odpowiednio 72, 75 i 69 godzin w pięciodniowym tygodniu pracy.” Jeszcze inna wspominała piętnastogodzinne dni: rozpoczynała o 7:30, planowała wyjść o 19:30 bez przerwy na lunch, a po powrocie do domu otrzymywała telefon o 23:00 z poleceniem nocnej korekty odpowiedzi na pytanie parlamentarne.
Zbyt mały zespół i rotacja kadry
Komórka ds. kultury od początku – według świadków – zmagała się z niedoborem personelu, co określano jako jej „grzech pierworodny”. Przez 18 miesięcy liczba pracowników wahała się między trzema a pięcioma osobami. Na dzień 27 września 2024 r. spośród 30 osób tworzących cały gabinet tylko jedna zajmowała się kulturą i to ona miała zrekrutować zespół. W grudniu 2024 r., pomijając sekretarkę premier formalnie przypisaną do tej komórki, pracowały tam cztery osoby, z których trzy od tego czasu odeszły. Na początku bieżącego roku organigram wskazywał osiem osób, przy czym jedna wróciła do administracji po zasłabnięciu w parlamencie z powodu stresu. Nigdy nie udało się obsadzić wszystkich dziedzin kultury. Od listopada 2024 r. zespół doświadczał znacznej rotacji.
Elisabeth Degryse przyznaje, że gabinet „jest mały”, lecz podkreśla, że wynika to z przyjętych założeń rządowych i budżetowych. Obecnie zespół ds. kultury liczy siedem osób, a premier rozważa jego powiększenie do dziewięciu.
Sprzeczne polecenia i wątpliwa jakość decyzji
Byłe doradczynie twierdzą, że niedobory kadrowe oraz atmosfera braku zaufania wpływały na jakość pracy merytorycznej. „Od czasu objęcia funkcji przez panią Degryse nie rozpoczęto żadnej pogłębionej reformy dekretowej, mimo wsparcia administracji, ponieważ doradcy nie mają czasu na refleksję, planowanie i konsultacje” – stwierdziła jedna z nich.
W relacjach powraca wątek sprzecznych poleceń. Szefowa gabinetu ds. kultury, opisywana jako osoba chronicznie niewyspana, miała wydawać instrukcje, które następnie sama zmieniała. Również stanowiska premier i szefowej gabinetu nie zawsze były spójne. „Decyzje zapadały pochopnie, bez konsultacji, w imię rzekomej efektywności” – relacjonowała była współpracowniczka. „Pracowało się godzinami nad dokumentem, po czym kazano robić odwrotnie.”
Świadkowie wskazywali też na składanie obietnic sektorowi kultury, których realizacja była – ich zdaniem – niemożliwa ze względu na środki finansowe. „Nigdy nie miałam poczucia, że nam się ufa. Minister wiedziała, że nie reprezentujemy dokładnie tej samej linii politycznej, ale że zależy nam na kulturze. Często jednak nie korzystała z naszej wiedzy eksperckiej” – mówiła jedna z doradczyń.
Jeden ze świadków zakwestionował również zakres wiedzy premier na temat podpisywanych dokumentów: „Nie jest normalne, by minister podpisywała dokumenty bez pełnej świadomości ich treści. Z punktu widzenia bezpieczeństwa i wydatkowania środków publicznych to niedopuszczalne.”
Kwestia transparentności i wykorzystania ChatGPT
W zeznaniach pojawił się także wątek rzetelności informacji przekazywanych mediom i parlamentowi. Jedna z byłych doradczyń twierdziła, że zdarzało się prezentowanie stanowiska wobec sektora kultury bez pełnej wiedzy eksperckiej, przy wsparciu informacji przekazywanych na bieżąco przez współpracowniczki za pośrednictwem grupy na WhatsAppie, które niekiedy korzystały z ChatGPT. Premier potwierdziła istnienie takiej sytuacji, zaznaczając jednak, że większość jej wypowiedzi opierała się na własnej wiedzy. Dodała, że nie akceptuje korzystania z ChatGPT w kontekście poufnych informacji i poleciła współpracownikom informować ją o ewentualnym użyciu tego narzędzia.
Odnosząc się do ewentualnych nieścisłości w danych przekazywanych parlamentowi, powiedziała: „Nie mam poczucia, że kiedykolwiek okłamałam parlament. Budżet obejmuje tysiące pozycji i błędy mogą się zdarzyć. Być może nie zawsze dysponowaliśmy idealnymi informacjami, ale działam transparentnie.”
Stanowisko premier Degryse: „Jestem wymagająca, ale nigdy nie krzyczę”
Elisabeth Degryse zdecydowanie odrzuca wszystkie zarzuty. „Nigdy nie krzyczę. Nie wrzeszczę, nie trzaskam drzwiami, nie rzucam teczkami w ludzi, nie rzucam telefonem. Jestem osobą uporządkowaną i zorganizowaną. Jestem wymagająca – to prawda. Jako minister trzeba mieć wysokie standardy. Czy zdarzają się napięcia? Oczywiście, jak w każdym środowisku zawodowym” – oświadczyła.
W kwestii sprzecznych poleceń stwierdziła: „Nie mam takiego odczucia. Polityka toczy się szybko. Zdarza się wahać i zadawać pytania – to część pracy doradczyń.”
Premier broniła także swojej szefowej gabinetu ds. kultury, przyznając, że ta pracuje intensywnie, lecz zaprzeczając pozostałym zarzutom: „Wstaje o 5:00 i od 5:00 do 7:00 zajmuje się mailami. Nie dzwoni jednak do nikogo ani nie wysyła SMS-ów. Nigdy nie wymagała, by inni dostosowywali się do jej rytmu.”
Podkreśliła również, że w gabinecie funkcjonuje polityka kadrowa obejmująca szkolenia, rozmowy oceniające, wyznaczanie celów i dostęp do dyrektorki HR. „Rozumiem, że niektórzy mogli czuć, iż pracują zbyt dużo. Jesteśmy na to wyczuleni. Są kanały zgłaszania problemów. Zdarzają się intensywne tygodnie, ale nie sądzę, by dochodziło do 80 godzin pracy tygodniowo” – zaznaczyła.
Zapytana o rzekome obietnice bez pokrycia, odpowiedziała: „Nie składam obietnic, których nie mogę dotrzymać. Zobowiązuję się jedynie do udzielenia odpowiedzi w określonym czasie.”