Belgijski minister obrony Theo Francken (N-VA) ocenił zakończony w Brukseli szczyt NATO jako konstruktywny i udany. Jego zdaniem nieobecność amerykańskiego sekretarza obrony Pete’a Hegsetha nie powinna budzić obaw, ponieważ Stany Zjednoczone były reprezentowane na wysokim szczeblu przez podsekretarza Colby’ego. Odmienne stanowisko zajęła grupa byłych amerykańskich ambasadorów i dowódców wojskowych, którzy w otwartym liście wezwali administrację Donalda Trumpa do podtrzymania silnego zaangażowania USA w Sojusz Północnoatlantycki.
Francken: obrady przebiegły w dobrej atmosferze
Theo Francken przyznał, że nie zna powodów nieobecności szefa Pentagonu. „To pytanie należy skierować bezpośrednio do niego” – stwierdził. Podkreślił jednak, że obecność podsekretarza Colby’ego oznaczała odpowiednią reprezentację Waszyngtonu. Określił go jako jedną z kluczowych postaci w Pentagonie oraz istotnego ideologa amerykańskiej polityki zagranicznej. „Rząd USA był właściwie reprezentowany” – zaznaczył.
Minister nie dostrzegł również napięć związanych z tak zwanym kryzysem grenlandzkim podczas rozmów. „Spotkanie przebiegało bardzo konstruktywnie” – ocenił. Wyraził też nadzieję, że podobna atmosfera będzie towarzyszyć rozmowom podczas konferencji bezpieczeństwa w Monachium, w której bierze udział. „Irytacji było już wystarczająco dużo. Czas to zakończyć” – dodał.
Apel byłych dyplomatów i wojskowych
Znacznie bardziej krytyczny ton przyjęli byli przedstawiciele USA na arenie międzynarodowej. Ośmiu byłych ambasadorów Stanów Zjednoczonych oraz ośmiu byłych naczelnych dowódców sił amerykańskich w Europie wystosowało wspólny list otwarty do administracji Donalda Trumpa. W dokumencie podkreślają, że NATO pozostaje fundamentem bezpieczeństwa USA.
Autorzy listu określają Sojusz jako „kamień węgielny amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego” i strukturę o „żywotnym znaczeniu” dla ochrony interesów Stanów Zjednoczonych na świecie. Wskazują, że NATO nie jest przejawem amerykańskiej dobroczynności, lecz strategicznym porozumieniem, dzięki któremu USA zachowują pozycję najpotężniejszego i jednocześnie bezpiecznego gospodarczo państwa – przy kosztach znacznie niższych niż w przypadku samodzielnego działania.
Sygnatariusze zaznaczają także, że rozbudowana sieć sojuszy jest kluczowym atutem geostrategicznym Ameryki. Ich zdaniem Rosja i Chiny, mimo prób zacieśniania relacji z państwami takimi jak Korea Północna czy Iran, nie dysponują porównywalnym zapleczem sojuszniczym.
NATO jako „mnożnik siły”
W liście, podpisanym przez osoby związane zarówno z Partią Republikańską, jak i Demokratyczną, które pełniły funkcje w administracjach wszystkich prezydentów od 1997 r. do ubiegłego roku, podkreślono, że NATO nie jest projektem charytatywnym. Sojusz nazwano „mnożnikiem siły”, umożliwiającym Stanom Zjednoczonym wywieranie wpływu i projekcję potęgi w skali, która w pojedynkę byłaby znacznie trudniejsza lub kosztowniejsza.
Publikacja listu zbiegła się z inauguracją Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, odbywającej się w tym roku w szczególnie napiętej atmosferze międzynarodowej.
Deklaracje administracji Trumpa
Przedstawiciele administracji Donalda Trumpa zapewniają, że Stany Zjednoczone pozostają zaangażowane w NATO oraz w zasadę obrony zbiorowej, w tym w gwarancje amerykańskiego parasola nuklearnego. Jednocześnie podkreślają, że europejscy sojusznicy powinni w większym stopniu przejąć odpowiedzialność za konwencjonalne odstraszanie w Europie, zwłaszcza w kontekście rosnących wyzwań w regionie Indo-Pacyfiku.
Prezydent Trump wielokrotnie wskazywał, że to jego naciski doprowadziły do zwiększenia wydatków obronnych przez państwa członkowskie NATO.