Niemal miesiąc po tragicznym pożarze w Crans-Montana w Szwajcarii część poszkodowanych nadal zmaga się z ciężkimi konsekwencjami fizycznymi i psychicznymi. Jedną z ofiar jest 18-letnia Roze, która przebywa w szpitalu uniwersyteckim CHU w Liège. Młoda kobieta doznała poważnych oparzeń podczas pożaru, który zniszczył bar Constellation i pochłonął życie 40 osób. Po raz pierwszy od tragedii publicznie zabrała głos, nie kryjąc pretensji wobec właścicielki lokalu, Jessiki Moretti.
Powrót do zdrowia po dramatycznych obrażeniach
Roze przez długi czas pozostawała w śpiączce farmakologicznej i przeszła kilka operacji chirurgicznych. W miniony piątek opuściła oddział intensywnej terapii. Ze szpitalnego łóżka relacjonuje, że jej stan stopniowo się poprawia i codziennie poddawana jest kolejnym zabiegom. Opatrunki są regularnie zmieniane, a choć na jej ciele wciąż widoczne są ślady oparzeń, nie musi już nosić bandaży na twarzy i może samodzielnie jeść oraz pić.
Najbardziej ucierpiały jej dłonie. Przez najbliższe dwa lata będzie musiała nosić specjalne rękawiczki ochronne. Lekarze wykonali również przeszczepy skóry pobranej z nóg. Równolegle uruchomiono pomoc psychologiczną, która ma pomóc jej uporać się z traumą. Roze podkreśla, że może liczyć na ogromne wsparcie rodziny i dziękuje także mieszkańcom Belgii za okazaną solidarność.
Zarzuty wobec właścicielki lokalu
Ocalała z pożaru nie kryje gniewu i rozczarowania postawą właścicielki baru. Jej zdaniem reakcja na pojawienie się ognia była niewystarczająca. Roze twierdzi, że gaśnica znajdowała się za barem, dokładnie w miejscu, w którym stała Jessica Moretti. Według niej ogień mógł zostać ugaszony na samym początku, zanim doszło do jego gwałtownego rozprzestrzenienia.
Roze zarzuca właścicielce, że na zewnątrz lokalu nie udzieliła nikomu pomocy i nie wykazywała oznak obrażeń. Jej zdaniem brak szybkiej reakcji znacząco pogłębił skutki tragedii. Podkreśla, że większość ofiar zginęła z powodu zatrucia dymem, a gdyby ogień został natychmiast opanowany, liczba ofiar śmiertelnych mogłaby być znacznie mniejsza.
Młoda kobieta krytykuje również brak jakiegokolwiek wsparcia po tragedii. Jak relacjonuje, właścicielka nie interesowała się losem poszkodowanych, nie zapytała o ich stan ani nie zaoferowała pomocy, nawet w najprostszej formie.
Ryzykowne zachowania i dramatyczne sekundy
Roze wraca także do wydarzeń poprzedzających wybuch pożaru. Wspomina o niebezpiecznych praktykach stosowanych podczas imprez, w tym używaniu rac bengalskich. Według jej relacji zdarzało się, że jedna z pracownic była unoszona na ramionach innej osoby i trzymała zapalone race. Jej zdaniem to właśnie one mogły zetknąć się z pianką na suficie i zapoczątkować pożar.
Z relacji Roze wynika, że ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie. Cała sekwencja miała trwać około 50 sekund. Wielu gości nie zdawało sobie sprawy z zagrożenia, sądząc, że mają czas na ewakuację. W panice próbowano gasić płomienie ubraniami, nie mogąc znaleźć gaśnicy. Według jej słów nie była ona widoczna, a jedno z wyjść ewakuacyjnych pozostawało zamknięte.
Roze przyznaje również, że jest głęboko poruszona informacją o zwolnieniu Jacques’a Morettiego. W jej ocenie taka decyzja jest trudna do zrozumienia w kontekście skali tragedii i liczby ofiar śmiertelnych. Dziś młoda kobieta stara się stopniowo odbudować swoje życie, mając świadomość, że ona sama, podobnie jak wiele innych osób i rodzin ofiar, na zawsze pozostanie naznaczona tą katastrofą.