Po wtorkowym brutalnym ataku na 14-letnią uczennicę na Molenbeek na światło dzienne wyszły informacje o wcześniejszym, bardzo podobnym przypadku przemocy w tej samej placówce. Matka innej dziewczynki zdecydowała się opowiedzieć historię swojej córki, która dwa lata temu padła ofiarą długotrwałego nękania w szkole KTA Zavelenberg na Berchem-Sainte-Agathe. Kobieta wskazuje na powtarzający się schemat reakcji dyrekcji, która – jej zdaniem – nie reaguje adekwatnie na sygnały o przemocy. Sprawa sprzed dwóch lat obejmowała wielomiesięczne szykany, przemoc fizyczną oraz konieczność dwukrotnej zmiany szkoły przez poszkodowaną.
Atak na 14-latkę – konsekwencja niezażegnanego konfliktu
We wtorek wieczorem grupa nastolatków zaatakowała 14-letnią dziewczynę wychodzącą ze szkoły na Molenbeek. Jak poinformował portal Yurbise, ofiara była wcześniej nękana w swojej poprzedniej placówce – KTA Zavelenberg na Berchem-Sainte-Agathe. Z tego powodu w styczniu bieżącego roku zmieniła szkołę, licząc na zakończenie problemu. Sprawcy przemocy odnaleźli ją jednak w nowym miejscu i przygotowali zasadzkę.
Z dostępnych informacji wynika, że dziewczynka już na początku grudnia zgłaszała dyrekcji swojej ówczesnej szkoły przypadki nękania. Zaproponowane przez kierownictwo wewnętrzne rozwiązanie okazało się jednak bardziej dotkliwe dla ofiary niż dla osób dopuszczających się przemocy.
Relacja matki – historia sprzed dwóch lat
Po nagłośnieniu wtorkowego ataku do redakcji portalu BruxellesToday zgłosiła się matka byłej uczennicy KTA Zavelenberg. Kobieta opisała niemal identyczną sytuację, z którą jej córka zmagała się dwa lata wcześniej. „To budzi we mnie smutek i złość, bo widzę, że wszystko się powtarza. Mam wrażenie, że nigdy nie podejmą realnych działań, aby to zatrzymać” – powiedziała w rozmowie z redakcją.
Jej córka uczęszczała wówczas do pierwszej klasy szkoły średniej, w bardzo małej grupie liczącej cztery lub pięć osób. „Moja córka była jedyną, która rzeczywiście się uczyła. Pozostałe dziewczyny traktowały szkołę jak zabawę i ciągle prosiły ją o zadania domowe. Kiedy w końcu odmówiła, zaczęły się groźby” – relacjonuje matka.
Eskalacja przemocy i milczenie ofiary
Początkowo dziewczynka nie mówiła rodzinie o problemach. Sytuacja gwałtownie się pogorszyła tuż przed feriami karnawałowymi. „Pewnego dnia zadzwoniono do mnie ze szkoły z informacją, że mojej córki nie było w stołówce i że zostanie za to ukarana. Wiedziałam jednak, że nie ma ona prawa opuszczać szkoły w porze lunchu, więc musiała gdzieś tam być. W tym samym czasie nie odbierała telefonu” – opowiada matka. Jak się później okazało, dziewczynka była wówczas bita w szkolnych toaletach.
Kobieta podkreśla, że córka zamknęła się w sobie i milczała, by nie martwić bliskich. Dopiero nauczycielka prowadząca klasę zauważyła wyraźną zmianę w jej zachowaniu. Podczas rozmowy spokojna i kulturalna uczennica rozpłakała się i opowiedziała o wielomiesięcznych szykanach.
Reakcja szkoły i niewspółmierne sankcje
Po ujawnieniu sprawy odbyły się rozmowy z dyrekcją. Wychowawczyni miała omówić problem z innymi nauczycielami, po czym nadeszły ferie karnawałowe. Dyrekcja zapewniała rodzinę, że po powrocie zostaną wdrożone odpowiednie środki. Dziewczynka jednak nie wróciła od razu do szkoły i przebywała na zwolnieniu lekarskim.
„Sprawczynie otrzymały karę jednego dnia zawieszenia. Dyrektor tłumaczył nam, że trudno zastosować surowsze sankcje, bo dzieci pochodzą z trudnych środowisk rodzinnych” – mówi matka.
Powrót do szkoły i kontynuacja przemocy
Po pewnym czasie dziewczynka wróciła do klasy, jednak sytuacja nie uległa poprawie. Przemoc trwała nadal – była popychana na schodach, a po szkole zaczęły krążyć jej zdjęcia z groźbami śmierci i wulgarnymi komentarzami. Matka kilkukrotnie musiała odbierać córkę ze szkoły i ostatecznie złożyła zawiadomienie na policji.
Rodzina zdecydowała się na pierwszą zmianę szkoły. Szybko okazało się jednak, że jedna z dziewcząt odpowiedzialnych za nękanie trafiła do tej samej placówki i nawet do tej samej klasy. Konieczna była kolejna zmiana szkoły, tym razem z natychmiastowym poinformowaniem nowej dyrekcji o całej historii.
Długotrwałe konsekwencje dla ofiary
„Minęły prawie dwa lata, a ona dopiero teraz zaczyna się z tego podnosić. Przeszła przez okres całkowitego wycofania. Te doświadczenia na pewno zostawią ślad. Do dziś ma ogromne trudności z zaufaniem rówieśniczkom” – przyznaje matka.
Największą frustrację budzi w niej postawa dyrekcji poprzedniej szkoły. „Nawet wychowawczyni mówiła, że to przykre, iż to dobrzy uczniowie muszą odchodzić, zamiast realnie pomagać tym, którzy sprawiają problemy. Skoro nie można ich usunąć, trzeba zapewnić im wsparcie, na przykład psychologiczne. Spokojne dzieci nie powinny ponosić konsekwencji cudzych trudności” – podkreśla. „Rozumiem, że niektóre dzieci niosą bardzo ciężki bagaż, ale niektóre szkoły zachowują się tak, jakby nic nie widziały. Gdyby nie reakcja wychowawczyni, sytuacja mogła skończyć się jeszcze gorzej”.
Obawa przed powrotem traumy
Wtorkowy atak na 14-latkę jest dla tej rodziny szczególnie bolesny. Matka przyznaje, że nie chciała poruszać tego tematu z córką, aby nie przywoływać traumatycznych wspomnień. Dziewczyna nie utrzymuje już żadnych kontaktów z dawnymi kolegami z klasy i bardzo powoli odbudowuje poczucie bezpieczeństwa oraz zaufanie do innych.