Ikona francuskiego music-hallu i komedii pożegnała się ze sceną właśnie w Belgii. Popeck, mający 91 lat artysta znany szerokiej publiczności m.in. z filmu „Przygody Rabbiego Jacoba” u boku Louisa de Funèsa, wystąpił po raz ostatni w centrum kulturalnym w Auderghem. Spotkanie z komikiem w dniu jego scenicznego pożegnania było pełne wzruszeń i emocji.
„To mój ostatni występ, kończę. Więc zróbmy przedstawienie i umrzyjmy potem” – powiedział ze sceny. Belgia nie została wybrana przypadkowo. To tutaj Popeck wielokrotnie występował na początku swojej kariery. „Zaczynałem tutaj bardzo dawno temu. Grałem tu sztuki, one man show” – wspominał. Nie ukrywał, że decyzja o zejściu ze sceny jest podyktowana wiekiem i stanem zdrowia. „To dla mnie pogrzeb, to ostatni dzień, mój ostatni występ. Kończę, bo moje ciało mi każe przestać. Mam prawie 91 lat. Człowiek w tym wieku na scenie z one man show to szaleniec. Cóż, jestem szalony”.
Między kruchością a sceniczną siłą
Za fizyczną kruchością artysty wciąż kryła się sceniczna determinacja, ironia i czułość. Podczas występu Popeck kilkukrotnie grał pauzą i słowem, mówiąc m.in.: „Proszę tylko o minutę. Czas, żebym sobie przypomniał, po co tu jestem”, co natychmiast wywoływało śmiech widowni.
Jego obecność na scenie przez dekady uczyniła go częścią francuskiego dziedzictwa humorystycznego, obok takich postaci jak Raymond Devos czy Fernand Raynaud. Prawdziwe imię komika to Judka, co oznacza „mały Żyd”. Stworzona przez niego postać opierała się na ironii, pokerowej twarzy, autoironii oraz odniesieniach do żydowskich korzeni. Charakterystyczny jidyszowy akcent, klasyczny trzyczęściowy garnitur i melonik stały się jego znakiem rozpoznawczym.
Zamykająca się karta historii
Anne, żona artysty, opowiadała o jego niezmiennym kostiumie. Kapelusz, który nosił przez lata, ma dziś ślady zniszczenia, ale pozostaje ten sam. Dla niej to również symboliczny moment. „To karta historii, która się przewraca. Myślę sobie, że może teraz wreszcie będę mogła odpocząć”.
Sam Popeck definiował się krótko: „Jestem bestią sceniczną, to wszystko”. Podkreślał swoje robotnicze pochodzenie, które – jak twierdzi – pomogło mu wcześnie zrozumieć publiczność. „Poza sceną nie jestem nikim” – przyznawał bez wahania.
Kino, scena i de Funès
W filmach Popeck grał role bardzo bliskie swoim scenicznym kreacjom. Wspominał Louisa de Funèsa jako artystę, z którym doskonale się rozumiał. „To był ktoś, kogo bardzo lubiłem. Był kradnący, jak wszyscy komicy. Więc kradł mój akcent” – mówił z uśmiechem.
Zapytany o naturę komizmu, odpowiadał jednoznacznie: „Obecności nie da się wytłumaczyć. To alchemia. Albo się z nią rodzi, albo nie. Nie pracuje się nad byciem zabawnym”.
Trudne pożegnanie ze sceną
Dla Popecka odejście ze sceny nie oznacza zwykłej emerytury. „W innych zawodach ludzie cieszą się, że mogą przestać pracować. Nie u artystów. Artysta, który przestaje, jest martwy. Bez publiczności nie istnieje. To jak marionetka” – mówił. Z typową dla siebie ironią dodał, że jego decyzja będzie trudna przede wszystkim dla żony.
Zidani, komik obecny przy tym ostatnim występie, podkreślał, że był świadkiem show o energii, jaką mógłby zaprezentować znacznie młodszy artysta. „To było wyjątkowo wzruszające”.
Na koniec Popeck pożegnał się z publicznością słowami, które najlepiej oddają jego artystyczną filozofię: „Jeśli coś nie działa, to nigdy nie jest wina publiczności. To zawsze wina artysty”.