Przed sądem przysięgłych w Puurs-Sint-Amands toczy się proces Andrew V. (37 l.), oskarżonego o umyślne podpalenie domu, w którym zginęło dwoje jego dzieci – ośmioletni Kyano i czteroletnia Kyara. Ich matka, Stefanie Brems (39 l.), doznała obrażeń zagrażających życiu i przez kilka tygodni pozostawała w śpiączce farmakologicznej. Podczas trwającego około dwóch godzin przesłuchania oskarżony wielokrotnie powtarzał, że był przekonany, iż w domu nie przebywa żadna osoba. Za zarzucany mu czyn grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Tragiczna noc sprzed dwóch i pół roku
Do tragedii doszło w nocy z 18 na 19 czerwca 2022 r. Andrew V. miał podpalić dom swojej byłej partnerki, wrzucając przez okno werandy płonącą kostkę do rozpalania ognia. Pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie. Dwoje dzieci zginęło w płomieniach, a ich matka cudem przeżyła, odnosząc poważne poparzenia. Jednym z kluczowych zagadnień procesu jest ustalenie, czy oskarżony wiedział lub powinien był wiedzieć, że w budynku znajdują się ludzie.
Oskarżony utrzymuje, że dom sprawiał wrażenie pustego
Podczas przesłuchania prowadzonego przez przewodniczącą składu sędziowskiego Andrew V. tłumaczył, że nic nie wskazywało na obecność domowników. Twierdził, że w oknach nie paliło się światło, podczas gdy – jak przekonywał – zazwyczaj było ono widoczne, gdy ktoś przebywał w domu. Powoływał się również na wiadomość tekstową, którą miał otrzymać tego ranka od swojej matki, informującą, że Stefanie wraz z dziećmi wyjechała. Sądził, że przebywają w parku wypoczynkowym Center Parcs.
Ekspertyzy biegłych stoją jednak w sprzeczności z tą wersją wydarzeń. Z ustaleń specjalistów wynika, że w kilku pomieszczeniach domu paliło się światło. Ta rozbieżność ma być przedmiotem dalszych rozpraw.
„Straciłem nad sobą kontrolę”
Sędzia pytała oskarżonego, dlaczego nie wszedł do domu, aby upewnić się, że nikogo w nim nie ma, oraz dlaczego nie skontaktował się z matką lub siostrą, by zapytać o miejsce pobytu dzieci, które następnego dnia miały iść do szkoły. Andrew V. nie potrafił odpowiedzieć na te pytania. Wielokrotnie powtarzał jedynie, że stracił panowanie nad sobą i nie myślał racjonalnie. Przyznał również, że w tym okresie dużo pił i zmagał się z uzależnieniem od alkoholu oraz narkotyków.
Po wznieceniu pożaru odjechał z miejsca zdarzenia, nie zastanawiając się nad skutkami swojego działania. Utrzymywał, że nie spodziewał się, iż ogień obejmie cały dom.
Groźby wysyłane przed podpaleniem
Z akt sprawy wynika, że w godzinach poprzedzających tragedię oskarżony wysyłał do Stefanie Brems oraz do swojej matki coraz bardziej agresywne wiadomości tekstowe i e-maile. W jednej z nich zapowiedział wprost, że podpali dom i że jego była partnerka „jeszcze zobaczy”. Bezpośrednią przyczyną narastającej frustracji był fakt, że nie mógł widywać się z dziećmi z powodu braku stałego miejsca zamieszkania. Nie potrafił jednak wyjaśnić, dlaczego właśnie tego dnia jego złość osiągnęła tak gwałtowny poziom.
„Nie chciałem tego, co się stało”
Andrew V. przyznał się do wzniecenia pożaru, lecz podkreślał, że nie zamierzał doprowadzić do tak tragicznego finału. Jak stwierdził, będzie musiał żyć z tym do końca życia. Jednocześnie próbował relatywizować swoją odpowiedzialność, mówiąc, że za rozpad związku nie odpowiadał wyłącznie on. Podczas przesłuchania zaznaczył, że w każdej relacji są dwie strony, a on jest przedstawiany jako potwór, podczas gdy reszta okoliczności pozostaje pomijana.
Para rozstała się ponad rok przed tragedią. Zarówno w trakcie związku, jak i w miesiącach poprzedzających podpalenie, policja wielokrotnie interweniowała w rodzinie w związku z przypadkami przemocy domowej oraz kierowanymi groźbami.
Matka dzieci na sali rozpraw
Proces rozpoczął się od odczytania aktu oskarżenia przez prokuraturę. Stefanie Brems weszła na salę rozpraw, trzymając w rękach pluszowe maskotki należące do jej zmarłych dzieci. Wysłuchanie szczegółów sprawy było dla niej wyraźnie bardzo obciążające emocjonalnie. Jak wyjaśnił jej adwokat Bart De Schrijver, mimo ogromnego bólu zdecydowała się być obecna, traktując udział w procesie jako ostatni hołd dla Kyano i Kyary.
Matka oczekuje, że w trakcie rozprawy ujawniona zostanie pełna prawda – nie tylko o samym podpaleniu, lecz także o jego przyczynach. Zależy jej na uznaniu cierpienia, jakiego doświadczyły jej dzieci. Adwokat podkreśla, że choć jako ofiara nigdy nie będzie w stanie pogodzić się z tą stratą, ujawnienie prawdy i uznanie jej bólu mogą przynieść pewną formę ukojenia.
Stefanie Brems nie mogła uczestniczyć w pogrzebie własnych dzieci, ponieważ w czasie ceremonii przebywała w szpitalu w stanie śpiączki farmakologicznej, leczona z powodu rozległych poparzeń. Proces jest dla niej ostatnią rzeczą, jaką może zrobić dla swoich dzieci.
Rozprawa będzie kontynuowana w poniedziałek przesłuchaniem świadków i ma potrwać jeszcze przez cały tydzień.