Obrazy przedstawiające prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro z zawiązanymi oczami, skutego kajdankami i ze słuchawkami na uszach, transportowanego na pokładzie amerykańskiego okrętu wojennego do Stanów Zjednoczonych, natychmiast wywołały skojarzenia z losem Saddama Husajna. Iracki dyktator został schwytany w 2003 r., kilka miesięcy po amerykańskiej inwazji na Irak, a świat obiegły wówczas podobne fotografie. Część demokratycznych kongresmenów, krytykujących działania administracji Donalda Trumpa, zaczęła mówić o „Iraku 2.0” – nieprzemyślanej zmianie reżimu bez planu na dalsze etapy. Mimo tych porównań między obiema interwencjami istnieją jednak zasadnicze różnice dotyczące zarówno celów, jak i sposobu działania.
Inwazja na Irak w 2003 r. – przypomnienie faktów
Stany Zjednoczone wraz z niewielką koalicją sojuszników rozpoczęły inwazję na Irak 20 marca 2003 r. Według oficjalnej narracji Waszyngtonu Saddam Husajn stanowił zagrożenie dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Administracja amerykańska utrzymywała również, że Irak dysponuje bronią masowego rażenia, choć nie przedstawiono na to dowodów, a samej broni nigdy nie odnaleziono. Operacja była także elementem szerzej zakrojonej wojny z terroryzmem ogłoszonej przez prezydenta George’a W. Busha po zamachach z 11 września 2001 r.
W ciągu kilku tygodni od rozpoczęcia inwazji upadł Bagdad, a kilka miesięcy później schwytano Saddama Husajna. Następnie Stany Zjednoczone przystąpiły do pełnej okupacji Iraku i demontażu struktur państwowych. Rozwiązano partię rządzącą oraz armię. Powstała próżnia władzy szybko doprowadziła do walk między różnymi frakcjami i grupami religijnymi, które przerodziły się w krwawą wojnę domową. Częściową stabilizację udało się osiągnąć dopiero w 2007 r., po wysłaniu przez USA dodatkowych wojsk.
Amerykańskie siły wycofały się z Iraku w 2011 r., lecz kraj pozostał głęboko niestabilny. Konflikt pochłonął ogromną liczbę ofiar cywilnych i stworzył warunki do powstania tzw. Państwa Islamskiego.
Fałszywe preteksty – wtedy i dziś
Bert De Vroey, ekspert ds. amerykańskich, zwraca uwagę na podobieństwo w sposobie uzasadniania obu interwencji. Jego zdaniem prezydent Trump posłużył się nieprawdziwymi argumentami, aby usprawiedliwić operację w Wenezueli, podobnie jak George W. Bush w 2003 r. Bush twierdził, że Irak posiada broń masowego rażenia, co okazało się fałszem. Trump natomiast utrzymuje, że wenezuelski reżim odpowiada za eksport fentanylu do Stanów Zjednoczonych, co również nie znajduje potwierdzenia w faktach.
W obu przypadkach kluczową rolę odgrywa jednak ropa naftowa. Tak było w Iraku w 2003 r. i tak jest w Wenezueli w 2026 r. De Vroey podkreśla, że w przypadku Iraku dostęp do złóż ropy był elementem szerszej neokonserwatywnej wizji administracji Busha, zakładającej demokratyzację Bliskiego Wschodu poprzez obalanie dyktatorów, począwszy od Saddama Husajna. Zakładano, że proces ten będzie prosty i szybki, co okazało się poważnym błędem.
Trump nie ukrywa natomiast, że ropa jest główną motywacją działań USA w Wenezueli. Podczas konferencji prasowej poświęconej operacji wojskowej stwierdził, że Wenezuelczycy „ukradli amerykańską ropę”. Zapowiedział również, że duże amerykańskie koncerny naftowe wejdą do kraju, zainwestują miliardy dolarów w odbudowę infrastruktury wydobywczej i będą generować dochody zarówno dla siebie, jak i dla Wenezueli.
Demokratyczna transformacja na dalszym planie
Zdaniem obserwatorów kwestia demokratycznej transformacji nie znajduje się dziś w centrum zainteresowania administracji Trumpa. Prezydent zapowiedział, że Stany Zjednoczone będą zarządzać Wenezuelą do momentu, gdy możliwe stanie się przeprowadzenie bezpiecznej i przemyślanej transformacji ustrojowej. Organizacja nowych wyborów ma, według niego, zająć dużo czasu.
Patrick Bolder, ekspert ds. obronności z Centrum Studiów Strategicznych w Hadze, ocenia, że w praktyce Trumpa nie interesuje, kto formalnie sprawuje władzę w Wenezueli, o ile amerykańskie koncerny naftowe mogą tam bez przeszkód prowadzić działalność i generować zyski.
Na taki sposób myślenia wskazuje również podejście Trumpa do Maríi Coriny Machado. Prezydent USA stwierdził, że liderka wenezuelskiej opozycji nie ma wystarczającego poparcia społecznego, by rządzić krajem, mimo że niedawno otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla za walkę o demokrację.
De Vroey zauważa przy tym nowy, pragmatyczny element w relacjach Waszyngtonu z Caracas. Między Stanami Zjednoczonymi a pozostałymi przy władzy przedstawicielami wenezuelskiego reżimu zaczyna się wyłaniać współpraca oparta na interesach. Wiceprezydent Delcy Rodríguez publicznie zadeklarowała gotowość do kooperacji z USA.
Kluczowa różnica – reżim wciąż funkcjonuje
To właśnie odróżnia obecną sytuację w Wenezueli od wydarzeń w Iraku. Jak podkreśla De Vroey, wenezuelski reżim, z wyłączeniem samego Maduro, nadal pozostaje u władzy. W Iraku Stany Zjednoczone całkowicie zdemontowały struktury państwowe. Husajn oraz jego najbliższe otoczenie zostali schwytani, partia rządząca rozwiązana, a państwo pogrążyło się w chaosie. Amerykanie mogli chcieć uniknąć powtórzenia tego scenariusza w Wenezueli.
Podobnego zdania jest Patrick Bolder, który uważa, że USA mogły wyciągnąć wnioski z irackiego doświadczenia. Zwraca on również uwagę na odmienny charakter samej operacji wojskowej. Inwazja na Irak była masową kampanią z intensywnymi nalotami i dużym zaangażowaniem wojsk lądowych, które pozostawały w kraju przez wiele lat. W Wenezueli pokaz siły był znaczny, ale miał charakter ograniczony i precyzyjny – była to operacja o cechach chirurgicznych.
De Vroey nie spodziewa się, aby Trump zdecydował się na wysłanie do Wenezueli wojsk lądowych. Jego zdaniem na obecnym etapie nic nie wskazuje na powtórkę irackiego scenariusza z długotrwałą okupacją i chaosem, choć długofalowe konsekwencje dla Wenezueli pozostają nadal trudne do jednoznacznego przewidzenia.